Śledztwo. Jak doszło do katastrofy
19.04.2010
, aktualizacja: 19.04.2010 11:36
Szczątki Tu-154 (Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta)
Czy pilota mógł zmylić wąwóz? Rekonstrukcja rosyjskiego dziennikarza
Pilot prezydenckiego Tu-154 zbliżał się do lotniska w Smoleńsku. Nie widział w gęstej mgle, że leci nad głębokim wąwozem. Czy - myśląc, że znajduje się znacznie wyżej, niż był w rzeczywistości - zaczął zniżać kurs?
Siergiej Amielin, dziennikarz i fotoreporter ze Smoleńska, który podejrzewa, że tak właśnie mogło być, pisze w swoim blogu: "Okolice Smoleńska to teren pagórkowaty. Różnice poziomu w mieście dochodzą do 90 m. Lotnisko znajduje się na szczycie wzgórza. Przy zbliżaniu się do pasa startowego od wschodu samoloty przelatują nad głębokim na 60 m wąwozem. Zazwyczaj lecą nad nim na wysokości 30-60 m ponad poziomem pasa startowego lotniska. Około 1700 m od skraju pasa prezydencki Tu-154, akurat nad najgłębszym miejscem wąwozu, zaczął gwałtownie tracić wysokość, choć przedtem szedł kursem właściwym".
Amielin na podstawie zdjęć dokonał drobiazgowej analizy przebiegu katastrofy (patrz wyżej). W blogu zapisał, że nie chce na razie wysuwać żadnych hipotez. W rozmowie z "Gazetą" powiedział jednak: -Pilot podchodził do lotniska w gęstej mgle. Wąwozu nie widział. Mógł jednak zauważyć na wysokościomierzu, że maszyna znajduje się zbyt wysoko, by trafić na pas. Może więc, kierując się tym, podjął fałszywą decyzję, zniżył kurs? Na przeciwnym brzegu jaru znalazł się na wysokości 8 m i tam zaczepił skrzydłem o drzewo. W każdym razie tak uważa ekspert, z którym o tym rozmawiałem.
- Ta teoria jest bardzo prawdopodobna - mówi "Gazecie" b. pilot wojskowych śmigłowców. - Moim zdaniem piloci, podchodząc do lądowania we mgle, pomyśleli: "Spróbujemy zejść w osi pasa tuż nad ziemię i może uda nam się mimo mgły zobaczyć pas i bezpiecznie wylądować, a jeśli nie - to przejdziemy na wznoszenie i polecimy na lotnisko zapasowe". Urządzeniem, które mogło im zapewnić bezpieczeństwo takiej operacji, był radiowysokościomierz pokazujący precyzyjnie aktualną wysokość samolotu nad terenem. Ale właśnie dla takiego podejścia wąwóz mógł być śmiertelną pułapką - piloci zbliżający się do pasa widzieli, że mają bezpieczną wysokość nad ziemią, może myśleli nawet, że są zbyt wysoko. Kiedy jednak teren zaczął się podnosić, wysokość zaczęła drastycznie maleć, w zbyt szybkim tempie, by nawet nagłym zwiększeniem ciągu silników udało się uciec przed drzewami.

- Oczywiście to nie wyjaśnia wszystkiego - mówi nasz rozmówca. - Co z innymi systemami ostrzegającymi przed bliskością ziemi, w które ten samolot był wyposażony? Czy mapy podejścia, którymi się posługiwali, nie prezentowały informacji o profilu terenu na ścieżce podejścia? No i najważniejsze - co skłoniło ich w ogóle do wykonania tego podejścia w takich warunkach?
Siergiej Amielin, dziennikarz i fotoreporter ze Smoleńska, który podejrzewa, że tak właśnie mogło być, pisze w swoim blogu: "Okolice Smoleńska to teren pagórkowaty. Różnice poziomu w mieście dochodzą do 90 m. Lotnisko znajduje się na szczycie wzgórza. Przy zbliżaniu się do pasa startowego od wschodu samoloty przelatują nad głębokim na 60 m wąwozem. Zazwyczaj lecą nad nim na wysokości 30-60 m ponad poziomem pasa startowego lotniska. Około 1700 m od skraju pasa prezydencki Tu-154, akurat nad najgłębszym miejscem wąwozu, zaczął gwałtownie tracić wysokość, choć przedtem szedł kursem właściwym".
Amielin na podstawie zdjęć dokonał drobiazgowej analizy przebiegu katastrofy (patrz wyżej). W blogu zapisał, że nie chce na razie wysuwać żadnych hipotez. W rozmowie z "Gazetą" powiedział jednak: -Pilot podchodził do lotniska w gęstej mgle. Wąwozu nie widział. Mógł jednak zauważyć na wysokościomierzu, że maszyna znajduje się zbyt wysoko, by trafić na pas. Może więc, kierując się tym, podjął fałszywą decyzję, zniżył kurs? Na przeciwnym brzegu jaru znalazł się na wysokości 8 m i tam zaczepił skrzydłem o drzewo. W każdym razie tak uważa ekspert, z którym o tym rozmawiałem.
- Ta teoria jest bardzo prawdopodobna - mówi "Gazecie" b. pilot wojskowych śmigłowców. - Moim zdaniem piloci, podchodząc do lądowania we mgle, pomyśleli: "Spróbujemy zejść w osi pasa tuż nad ziemię i może uda nam się mimo mgły zobaczyć pas i bezpiecznie wylądować, a jeśli nie - to przejdziemy na wznoszenie i polecimy na lotnisko zapasowe". Urządzeniem, które mogło im zapewnić bezpieczeństwo takiej operacji, był radiowysokościomierz pokazujący precyzyjnie aktualną wysokość samolotu nad terenem. Ale właśnie dla takiego podejścia wąwóz mógł być śmiertelną pułapką - piloci zbliżający się do pasa widzieli, że mają bezpieczną wysokość nad ziemią, może myśleli nawet, że są zbyt wysoko. Kiedy jednak teren zaczął się podnosić, wysokość zaczęła drastycznie maleć, w zbyt szybkim tempie, by nawet nagłym zwiększeniem ciągu silników udało się uciec przed drzewami.

- Oczywiście to nie wyjaśnia wszystkiego - mówi nasz rozmówca. - Co z innymi systemami ostrzegającymi przed bliskością ziemi, w które ten samolot był wyposażony? Czy mapy podejścia, którymi się posługiwali, nie prezentowały informacji o profilu terenu na ścieżce podejścia? No i najważniejsze - co skłoniło ich w ogóle do wykonania tego podejścia w takich warunkach?
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX













