Już w dniu tragedii na
profilu prezydenta Gruzji w społecznościowym portalu Facebook głównym zdjęciem są dwie flagi: polska i gruzińska, obie przepasane kirem. A Saakaszwili publikuje m.in. prywatne zdjęcie Lecha Kaczyńskiego całującego żonę w policzek przy lampce wina. "Niech spoczywa w pokoju bohater Gruzji i Polski, nasz najlepszy przyjaciel i sojusznik Lech Kaczyński" - pisze. W innym wpisie o Kaczyńskim: "Najlepszy przyjaciel Gruzji, który nigdy nie opuścił nas w trudnej chwili. Teraz jesteśmy sami...". Gruziński prezydent zapowiada też, że centralna ulica Tbilisi otrzyma imię Lecha Kaczyńskiego. Do tego filmiki, w których Saakaszwili wspomina Lecha Kaczyńskiego jako "osobę wspaniałej odwagi, wielkiego serca i zasad".
Dziś rano Saakaszwili (lub pewnie jego służby prasowe) przekleił i zaakceptował obrazek, który w niedzielę przed północą
pojawił się w serwisie demotywatory.pl. Obrazek ten to zdjęcie Saakaszwilego i hasło ''Prawdziwy przyjaciel zawsze znajdzie sposób, aby dotrzeć i wesprzeć cię, nawet gdy to niemożliwe".
Warto dodać, że kilka dni temu Lechowi Kaczyńskiemu nadano pośmiertnie tytuł Narodowego Bohatera Gruzji za wsparcie w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej z sierpnia 2008 roku.
Uwaga, leci dżygit Determinacja z jaką dążył przywódca Gruzji na pogrzeb przyjaciela była niesłychana. Gdy trzy tuziny przywódców świata wystraszonych pyłem odmówiło lotu (premier Austrii zrezygnował nawet z podróży samochodowej z Wiednia), Saakaszwili leciał z
USA (był tam z wizytą) i doleciał dopiero na Wawel w ostatniej chwili.
Jak podały media gruzińskie prezydent Saakaszwili, najpierw przyleciał z USA do Portugalii, stamtąd udał się do Włoch, następnie do Turcji, dalej do Bułgarii, a później do Rumunii. Dopiero z tego kraju udało mu się przylecieć do Polski.
Wydawało się nawet, że dojdzie do spotkania z prezydentem Miedwiediewem. Uścisku dłoni głów obu skłóconych państw - jak się wydawało - żadnemu z nich nie uda się uniknąć. Jednak Saakaszwilego niespodziewanie zatrzymali Włosi podczas międzylądowania. Najpierw tamtejsze służby lotnicze nie chciały go przepuścić ze względu na utrzymujące się ryzyko pyłów. Saakaszwili jednak nalegał. O 13 gruziński
MSZ poinformował nawet, że prezydent już leci. Po chwili wysłał dementi. Włosi znów wstrzymali jego odlot, odkrywając nieścisłości w dokumentacji lotu. Kapitan prezydenckiego samolotu zobowiązał się jakoby do lądowania w Krakowie w oparciu o instrumenty, których na pokładzie nie posiadał. Saakaszwili nie ustępował i w końcu o 15 zezwolono na odlot. W tym czasie trwała już uroczystość w Kościele Mariackim.
Niedziela godzina 17 Samolot prezydenta Gruzji kołował właśnie po lądowaniu, gdy na płytę lotniska w Balicach wjechała limuzyna prezydenta Rosji. Spóźniony Micheil Saakaszwili popędził na Wawel, by zdążyć na sam pochówek Lecha Kaczyńskiego.
Dmitrij Miedwiediew odleciał do Moskwy. Nie doszło więc do niemożliwego - spotkania zwaśnionych liderów Rosji i Gruzji. Informacje, że tak to wyglądało potwierdziła nam rzecznika krakowskiego Portu Lotniczego Justyna Zajączkowska. - Obaj prezydenci byli w odległości kilkunastu-kilkudziesięciu metrów od siebie, mimo to, nie rozmawiali ze sobą. Nie należy jednak dopatrywać się tutaj złej woli. Doprowadził do tego charakter procedur lotniczych - dodała Zajączkowska.
Ciekawostką jest to, że w tym samym czasie na płycie lotniska w Balicach kołował też samolot trzeciego polityka, prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza.