http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie wińcie naszych romantyków

Tomasz Łubieński
2010-04-17, ostatnia aktualizacja 2010-04-17 20:22

Niebezpiecznie powrócić może dość tradycyjne przekonanie, że Polska jest niejako z natury swojej krajem nieszczęść, krzywd, klęsk. Ten turpizm narodowy wydaje się zaleczony pozytywistycznie odzyskaniem niepodległości, jednak w sytuacjach takich jak ta znów daje znać o sobie


Fot. Piotr Wójcik / AG
Jurij Trifonow w jednej ze swoich powieści prowadzi bohatera na podmoskiewskie grzybobranie. I nagle, bez wcześniejszego ostrzeżenia, ścieżka się urywa. Płot opleciony pordzewiałym drutem kolczastym, znak zakazu wejścia. Właściwie zbyteczny, przecież wiadomo, że nie wolno, nie trzeba, lepiej tam nie wchodzić. Bo chociaż ptaki, drzewa po drugiej stronie podobne, tam działo się coś strasznego. To "zona" jak w filmie "Stalker" Andrieja Tarkowskiego, strefa śmierci, strefa zbrodni. Mówi się o tych miejscach, że są przeklęte, chociaż niczym się nie wyróżniają i to właśnie budzi grozę.

Jakie refleksje towarzyszyły pasażerom tupolewa, który roztrzaskał się pod Smoleńskiem. Wszyscy z pewnością myśleli o tym, gdzie i po co lecą. Czy był jakiś związek między zbrodnią sprzed 70 laty a tragicznym wypadkiem? Żaden. I żadna czarna skrzynka nie przekaże nam prawdy o odczuciach i reakcjach tych ludzi aż do ostatnich sekund ich życia. Dla prezydenta ta zapowiedziana, choć nieoficjalna wizyta miała wyższy, tak można powiedzieć, symboliczny, pielgrzymkowy sens. Z pewnością również ambicje polityczne, nie tylko świadomość patriotycznej misji czy ludzki odruch, kazały mu lecieć do Katynia i dobierać reprezentacyjny skład delegacji, w której obok VIP-ów znaleźli się przedstawiciele Rodzin Katyńskich. W końcu był Lech Kaczyński politykiem, dla którego patetyczna przeszłość łączyła się z teraźniejszością. Niestety, nie dana mu była szansa, aby właśnie w Katyniu spróbować nadziei, że w stosunkach polsko-rosyjskich pójdzie na lepsze. Że w historii nie zawsze obowiązuje fatalizm.

Jeszcze trumna prezydencka nie opuściła lotniska w Warszawie, a już rozgadali się, niczym na jakichś zawodach, sprawozdawcy i komentatorzy telewizyjni. I nie milkną do dzisiaj, nie dopuszczając do głosu Haendla, Mozarta czy Pendereckiego. W słowotoku pojawiają się przypadkowo, a czasem świadomie takie lekkomyślne określenia, jak "zabici", "polegli", "drugi Katyń", "druga lista katyńska".

Znajoma Francuzka polskiego pochodzenia, ofiarnie solidarna w stanie wojennym, ale cierpiąca na złośliwość wobec starej ojczyzny, powiedziała mi: "Coś takiego mogło się zdarzyć tylko w Polsce". Do medialnej propagandy żałoby narodowej przedostały się akcenty niemal narodowej dumy, bo oto wszyscy o nas piszą. Na przykład trzydniowa żałoba w Brazylii to jakby nasz sukces (W książce poświęconej echom Powstania Warszawskiego na świecie znalazłem wyeksponowaną reprodukcję pierwszej strony angielskiego dziennika z Bombaju na dowód, że świat ogromnie się nami przejmował).

Z pewnością trudno dorównać katastrofie, w której ginie para prezydencka, dowódcy wojskowi, kilkunastu parlamentarzystów, ważni urzędnicy, żeby ograniczyć się do VIP-ów. I niebezpiecznie powrócić może dość tradycyjne przekonanie, że Polska jest niejako z natury swojej krajem nieszczęść, krzywd, klęsk, bardziej męczeństwa niż walki. A kiedy braknie wojen i najazdów, dotyka Polaków jakiś bolesny cios, jak 10 kwietnia pod Smoleńskiem. Polska przypisuje sobie specjalną boską protekcję, lubi mówić o sobie jako narodzie wybranym i dlatego bywa tak wciąż ciężko doświadczana. Ta światowa czy europejska opinia nie bierze się znikąd, ale też bywa z upodobaniem lansowana przez samych Polaków. Czy naprawdę lubią tak o sobie myśleć i liczą na to, że świat się na nich pozna? Ten turpizm narodowy tkwi głęboko w społeczeństwie: wydaje się zaleczony pozytywistycznie odzyskaniem niepodległości, jednak w sytuacjach takich jak ta, która spadła na nas 10 kwietnia, znów daje znać o sobie.

Nie winiłbym tu naszych romantyków, co modne jest czynić. Mesjanizm w tamtej sytuacji, kiedy na odzyskanie Polski, po ludzku biorąc, nie było żadnych szans, mógł się wydawać racjonalnym złudzeniem, pozwalał żyć nadzieją. Poza tym nasi romantycy potrafili być romantycznie ironiczni. Nie stronili od paszkwilu, groteski. Starali się zastąpić wodzów i przywódców. Podczas okupacji katastrofizm tłumaczył się jej koszmarem i zasadnym niepokojem o przyszłość kraju. W wolnej Polsce obdarzonej historyczną szansą kult przegranej, fascynowanie się klęską, daremną ofiarą, krwawym powtórnym chrztem Powstania Warszawskiego, co ma być świadectwem polskiej prawdy wobec obojętnego świata, perwersyjna tęsknota za wrogami, wszystko to i jeszcze wiele podobnych resentymentów jest groźnym anachronizmem, a określanie Polski jako Chrystusa Narodów i okrywanie go w chwili żałoby na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie biało-czerwoną flagą może być uznane ze historyczne bluźnierstwo.

Żałoba narodowa powinna uświadomić obywatelom, że żyją w wolnym kraju. Czarna nuta, która pobrzmiewa w naszych dziejach, ma swoje demograficzne skutki. Oto wciąż tracimy, często bezpowrotnie, ludzi, którzy emigrują już nie tak jak dawniej dla lepszego, ale przede wszystkim bezpieczniejszego życia. Jeśli już nie dla siebie, bo za późno, to przynajmniej dla swoich dzieci, które pozostają za granicą. I z tą instynktowną siłą nie sposób jest walczyć, trudno nawet polemizować.

Podobno istnieje w Polsce kult zmarłych, co wcale nie oznacza szacunku dla ich ostatniej woli, jeśli mieli nieostrożność być osobami publicznymi.

Ksiądz Jan Twardowski chciał zażywać wieczności na cmentarzu przykościelnym - władze duchowne kazały go pochować w Świątyni Opatrzności Bożej.

Czesław Miłosz wybrał sobie Cmentarz Rakowicki w Krakowie. Tam leży Helena Modrzejewska - zastosowano się do jej życzenia, bo ona zawsze umiała postawić na swoim. Czesława Miłosza już nikt nie pytał o zdanie. Uparto się pochować go Na Skałce, ponieważ ciemnogrodzianie awanturowali się przeciwko takiemu pomysłowi.

Doczesne szczątki Norwida w zbiorowej mogile na cmentarzu Montmorency były przejmującym symbolem emigranckiego losu, samotności wielkiego poety niezrozumiałego przez współczesnych. Domniemane prochy Norwida przeniesiono na Wawel obok Mickiewicza i Słowackiego, którzy za życie nie zwracali na niego uwagi.

Gdyby państwu Kaczyńskim wywróżono, że będą spoczywać na Wawelu, uznaliby to za niesmaczny żart. Byli skromni, z trudem wchodzili w swoje reprezentacyjne role i dlatego też, jak się okazało, kochał ich naród. Ale znowu ktoś, do końca na dobrą sprawę nie wiadomo, kto, bo wszyscy się wypierają, zdecydował inaczej.

Ale ci, którzy źle się czują w atmosferze pojednania, przebaczenia, mają dzięki wawelskiej decyzji na wiele lat zapewniony chleb kłótni, insynuacji i rozliczeń.

*Tomasz Łubieński, pisarz, eseista, napisał m.in.: "Bić się czy nie bić?" (1976), "M jak Mickiewicz" (1999), "1939. Zaczęło się we wrześniu" (2009)

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    60 głosów

Whitney Houston nie żyje

Mariah Carey, Alicia Keys, Rihanna, Justin Bieber - największe gwiazdy muzyki mówią dziś i piszą, że Whitney Houston była dla nich wzorem i inspiracją