Taką tragedię naród musi przeboleć, przemyśleć i zrozumieć. Przeboleć, bo jeszcze nigdy w czasach pokoju nie zginęło tylu polityków, urzędników, duchownych i całe dowództwo armii. Przemyśleć, bo mistyka sama ciśnie się do głowy. Najwyżsi reprezentanci niepodległej Polski zginęli w drodze na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, od 10 kwietnia symbolu zbrodni stalinowskich i sojuszu Stalina z Hitlerem nie tylko dla Polaków, lecz w coraz większym stopniu także dla Rosjan i innych narodów. Zrozumieć, bo porównywalnego dramatu nie było w czasie kampanii wrześniowej, w Powstaniu Warszawskim czy na innych frontach II wojny światowej. Należy odpowiedzieć na pytanie o sens śmierci aż tylu osób i - co najważniejsze - o więzi łączące naszą wspólnotę. Państwo, społeczeństwo i naród.
Kard. Stanisław Dziwisz, podejmując decyzję o pochowaniu Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu, zmusił nas do wyrokowania na temat dokonań przywódców dzisiejszych pokoleń w kontekście całych dziejów narodu. Godni są czy też nie, by porównywać ich z królami, wieszczami i bohaterami?
Namyślać się musimy w biegu, pod silnym wrażeniem smoleńskiej tragedii. Emocje muszą opaść, by poglądy polityczne nie zaćmiły rozumu, a symbole nie przesłoniły właściwej miary zdarzeń. I by nie wykopać nowych rowów, których nie zasypiemy przez dziesięciolecia.
Bez zbędnego słowa Nasze społeczeństwo zdało egzamin z obywatelskiego obowiązku i ludzkiej solidarności. Sobie i światu pokazaliśmy, że wiemy, czym jest państwo i jakie są nasze powinności jako jego współgospodarzy. W czasie narodowej żałoby niewiele było oznak zbiorowej egzaltacji i atmosfery show. Dominował autentyczny smutek i współczucie dla bliskich tych, którzy odeszli. Dopóki nie wkroczyła polityka, potrafiliśmy wytrwać w skupieniu.
W prezydenckim samolocie była cała Polska. Żałobę wyrażaliśmy bez względu na pochodzenie narodowe i etniczne, różnice poglądów politycznych i stosunek do poszczególnych polityków. Niezależnie od wyznawanej religii lub braku wiary w jakiegokolwiek Boga zginęli naczelni kapelani Wojska Polskiego: rzymskokatolicki, prawosławny i ewangelicko-augsburski (naczelny rabin nie poleciał do Katynia i uniknął ich losu, bo sobota to dla wyznawców judaizmu dzień święty).
W tych dniach - jak w swoim orędziu powiedział marszałek Bronisław Komorowski - rzeczywiście byliśmy jednością, a nie zwolennikami prawicy bądź lewicy. Nie były to narodowe rekolekcje, jak po śmierci Jana Pawła II, lecz manifestacja pełnego utożsamienia się Polaków z własnym państwem. Niemal umilkły głosy, że ktoś nie jest godzien sprawowania funkcji państwowych, bo wywodzi się z niewłaściwej opcji.
Przyspieszoną lekcję wychowania obywatelskiego i patriotyzmu odrobiło młode pokolenie. Poznawało nie tylko wiedzę na temat Katynia. Uczyło się również sposobu, w jaki można i trzeba doceniać dzisiejszych przywódców. Służą bowiem wspólnocie, której na imię Polska. W morzu niecnych batalii politycznych to doświadczenie może okazać się bezcenne. Jak łyk świeżego powietrza i wskazanie odmiennej drogi. Byle nie zmarnować tego kapitału.
Na słowa szczególnego uznania zasłużyły władze. Zapewniły ciągłość funkcjonowania instytucji państwowych, emanowały spokojem i profesjonalizmem. Udzieliły wszelkiej pomocy bliskim ofiar, prowadząc sprawnie czynności śledcze. Z wyczuciem zorganizowały narodową żałobę, czuwając, by nie naruszyć jej spontanicznego charakteru. Premier
Donald Tusk i jego ministrowie byli tam, gdzie powinni, i wykonywali to, co do nich należało. Nie wypowiedzieli zbędnego słowa i nie uczynili niepotrzebnego gestu.
Świat odpowiedział na polską tragedię bezprecedensowym wsparciem i solidarnością. Społeczność międzynarodowa jest pod wrażeniem jedności, jaką przejawiliśmy w czasie żałoby, i dojrzałości naszej wspólnoty.
Odpowiedzialność Kościoła Centralnym miejscem żałoby był Pałac Prezydencki - siedziba głowy państwa i symbol ciągłości władzy państwowej. Majestat Najjaśniejszej Rzeczypospolitej nie jest dla Polaków sformułowaniem pustym. Zdecydowana większość z nas zna właściwą hierarchię obowiązków i dostojeństwa. Prezydent nie jest wyłącznie pierwszym urzędnikiem państwa, lecz jego uosobieniem, gwarantem bezpieczeństwa i poszanowania prawa. Polacy nie postrzegają głowy państwa jako strażnika kandelabrów i lokatora pałaców.
Ciężar żałoby uniosła Warszawa - stolica państwa i rodzinne miasto Lecha Kaczyńskiego. W 2002 r. wybrała go na swego włodarza, lecz po kilku latach sympatia wygasła. Dziś złożyła hołd jemu i jego żonie, jakby tego rozczarowania nie było. Warszawiacy chcieli pokazać, że w obliczu tragedii narodowej nie liczą się rzeczy małe, lecz te najważniejsze. Bo o każdym z polityków - jeśli nie jest skończonym łajdakiem - można powiedzieć rzeczy dobre. Nie był to hołd wyłącznie dla pary prezydenckiej, lecz dla całej delegacji.
Obywatele zdali egzamin z dojrzałości z godną podziwu siłą i determinacją. Przed podobną próbą wkrótce staną politycy. Od tego, czy jej sprostają, zależeć będzie ich przydatność dla Polski. Ludzie odrzucą tych, którzy będą grać na pogłębianie podziałów.
Namiętne i często gorszące spory polityczne, które miotały naszym życiem publicznym w ostatnich latach, nie przekroczyły granicy, poza którą społeczeństwo nie może osiągnąć zgody. Podstawowych wartości nie przesłoniły brutalne utarczki, wrogość, a nawet nienawiść. Łączy nas przynależność do państwa i przywiązanie do jego symboli. Jest ono dla nas dobrem wspólnym, choć podziały polityczne są ważne, bo to istota demokracji.
Podejmując decyzję o umieszczeniu trumien ze szczątkami pary prezydenckiej na Wawelu, kard. Dziwisz zdecydował o hierarchii zasług dla współczesnej Polski. Wziął na siebie ogromną odpowiedzialność, którą udźwignąć mogą jedynie tytani. Wbrew jego apelowi sprawa ta podzieli Polaków. Problem nie w osobach zmarłego prezydenta i jego żony - czeka nas debata na temat tego, który ze współczesnych przywódców również jest godzien, by w przyszłości spocząć w sąsiedztwie królów i wieszczów.
W tej sprawie
Kościół nie określił żadnych kryteriów. Powinien to uczynić jak najszybciej, bo inaczej stanie się stroną w rozpoczynającym się właśnie sporze. Biskupi powinni mieć świadomość, że brak ich reakcji lub udawanie, że nie wiadomo, o co chodzi, będą niszczące dla Polski. Zaprzepaści wątłe dobro jedności, które wyrosło w czasie żałoby.
Dumni z prezydenta Kościół musi mieć świadomość, że ponosi współodpowiedzialność za działania zwolenników Lecha Kaczyńskiego i PiS-u. Co bardziej krewcy publicyści już zapowiedzieli, że niczego nie zapomnieli i nie darowali. Będą rozdrapywać rany i pytać o "czystość sumienia" tych, którzy w dniach żałoby uprawiali "kicz pojednania". Niesieni udziałem setek tysięcy ludzi w narodowej żałobie zapałali chęcią odwetu za upokorzenia, których w ich mniemaniu zmarły prezydent i oni sami doznali. Stanie się fatalnie, gdy dysponując mediami publicznymi i kilkoma tytułami prasowymi, będą dzielić Polaków na lepszych i gorszych. Nie oszczędzą nam również dzielenia Polaków na prawdziwych i niby mniej godnych tego miana.
Możemy tego uniknąć. Wiele zależy od polityków i tonu, jaki obiorą w kampanii wyborczej (zwłaszcza kandydat PiS-u). Na nich jednak można liczyć w ograniczonym zakresie. Ciężar odpowiedzialności spoczywa na Episkopacie. Jego głos musi być stanowczy i konkretny, bo nie wystarczą już ogólne sformułowania o potrzebie jedności narodu i narzekania na niską jakość polityków. Zacząć trzeba od uroczystości pogrzebowych pary prezydenckiej (i pozostałych ofiar katastrofy). Głos Kościoła, jaki w tych dniach dobiegnie spod Wawelu, będzie miał kluczowe znaczenie.