http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rozmowy pilotów będą ujawnione

Bogdan Wróblewski, Wacław Radziwinowicz, Moskwa, Paweł Wroński, Marcin Górka
2010-04-16, ostatnia aktualizacja 2010-04-15 20:17

Zadeklarował to wczoraj prokurator generalny Andrzej Seremet. Potwierdził też informacje "Gazety": Piloci na sekundy przed katastrofą wiedzieli, że samolot się rozbije.

Rosyjscy śledczy na miejscu katastrofy w Smoleńsku
Fot. Mikhail Metzel AP
Rosyjscy śledczy na miejscu katastrofy w Smoleńsku
Andrzej Seremet stwierdził, że chce, aby prokuratura zachowała się z maksymalną jawnością. Dlatego zapowiedział ujawnienie zapisów rozmów w kokpicie pilotów Tu-154 i sukcesywne przekazywanie informacji ze śledztwa. Przedstawienie wstępnych ustaleń już w poniedziałek po powrocie z Moskwy i Smoleńska pracujących tam prokuratorów (rozmowa z prok. Seremetem obok).

Kiedy wróci najwyższy rangą z ośmiu pracujących tam prokuratorów płk Krzysztof Parulski, naczelny prokurator wojskowy, nie wiadomo. Wczoraj Parulski wydał oświadczenie. Pojawiające się w mediach informacje o możliwych przyczynach katastrofy uznał za: "nieuprawnione spekulacje, nieodnoszące się do dotychczasowych ustaleń". Dodał, że chce "przekazywać informacje tylko jednoznacznie potwierdzone", w formie swoich, czyli naczelnego prokuratora wojskowego kolejnych, oświadczeń.

Jaka więc będzie polityka informacyjna prokuratury?

Do Polski przylecieli wczoraj dwaj prokuratorzy, którzy pomagali Rosjanom w identyfikacji ofiar. Dziś prawdopodobnie powróci płk Zbigniew Rzepa, który pracował w Moskwie nad deszyfracją zapisów trzech czarnych skrzynek. Jedna z nich rejestrująca parametry lotu i skonstruowana przez polskich specjalistów już jest w Polsce. W jej badaniach w Instytucie Technicznym Wojsk Lotniczych weźmie udział rosyjski prokurator, bo jest to dowód w rosyjskim śledztwie. Potem ta, jak i inne czarne skrzynki z Tu-154, dowody i protokoły z przesłuchań zostaną przekazane polskiej prokuraturze wojskowej w drodze pomocy prawnej.

A co z zapisami skrzynki rejestrującej rozmowy w kokpicie, z wieżą kontrolną, przez interkom i między pilotami? Prawdopodobnie zapis rozmów przywiezie do Polski płk Rzepa.

Prokurator Seremet potwierdził wczoraj informacje "Gazety", że piloci na sekundy przed katastrofą wiedzieli, że samolot się rozbije. Dodał, że nie ma potwierdzenia o rozmowach załogi z kimś spoza kabiny, o naleganiach, aby mimo warunków atmosferycznych uniemożliwiających lądowanie jednak lądować.

Rosyjskie media o przyczynach katastrofy

Analiza zapisów rozmów pilotów Tu-154, który rozbił się w sobotę w Smoleńsku, wykazuje, że nikt z pasażerów nie naciskał na załogę, by lądowała na niewidocznym we mgle lotnisku, a najprawdopodobniejszą przyczyną katastrofy był błąd pilota - pisze agencja Interfax, powołując się na "źródło w komisji badającej wypadek".

Rozmówca agencji powiedział, że błąd kapitana samolotu miał polegać na tym, że nie wziął pod uwagę właściwości maszyny rosyjskiej, która traci wysokość szybciej niż inne odrzutowce. Bowiem Tu-154, lecąc z małą szybkością, opada, kiedy pilot próbuje wyrównać kurs maszyny. Wcześniej świadkowie opowiadali, że widzieli, jak pilot po tym, kiedy na bardzo niskim pułapie wyleciał z mgły i zobaczył, że ziemia jest bardzo blisko, a pas startowy - daleko, spróbował wyrównać lot i podnieść maszynę. W tym momencie odrzutowiec zaczepił o czubki drzew.

Natomiast od innego "źródła bliskiego komisji" Interfax dowiedział się, że nie ma podstaw, by twierdzić, że "wysoko postawieni pasażerowie" zmusili pilotów do lądowania w Smoleńsku. - Rejestrator rozmów, zapisy, na którym zostały rozszyfrowane, nie zarejestrował żadnego nacisku na pilotów - zapewnił rozmówca agencji.

Moskiewski dziennik "Kommiersant" opisał warunki panujące w Smoleńsku jako "nie trudne, lecz ekstremalne". - Prawdopodobieństwo katastrofy przy takim lądowaniu było bardzo wysokie. Pilot prezydenckiej maszyny dobrze o tym wiedział. Niemniej poszedł na nieuzasadnione z punktu widzenia wszystkich instrukcji latania i elementarnego zdrowego rozsądku ryzyko - twierdzi nie nazwany ekspert, którego cytuje gazeta.

Dziennik pisze, że w momencie lądowania nad lotniskiem wisiała gęsta mgła, której dolna granica przebiegała zaledwie 30 metrów nad ziemią; bezpośrednia widzialność we mgle wynosiła tylko 200-400 m. - Taką odległość schodzący do lądowania samolot pokonuje w ciągu sekund, dlatego, jak twierdzą specjaliści, piloci prezydenccy zniżali się do pasa startowego dosłownie na ślepo - pisze "Kommiersant".

Gazeta przypomina, że port lotniczy w Smoleńsku nie jest wyposażony w odpowiedni system automatycznego naprowadzania lądujących samolotów, nazywany ILS (Instrument Landing System). A bez współpracy z instalacją lotniskową określający trajektorię schodzenia maszyny system nawigacyjny w samym tupolewie był nieprzydatny.

W takiej sytuacji maszyna tak duża, jak Tu-154, może w Smoleńsku lądować tylko wtedy, kiedy widoczność wynosi nie mniej niż 1800 m, a pułap chmur jest nie niższy niż 120 m. Rosyjska gazeta dodaje, że kontrolerzy lotów ze Smoleńska uprzedzali pilota polskiego, że lądowanie tam jest niemożliwe i proponowali mu zmianę kursu na lotnisko zapasowe w Moskwie lub Mińsku.

Wczoraj Tatiana Anudina, przewodnicząca Międzypaństwowego Komitetu Awiacyjnego, potwierdziła informację, którą nasza gazeta podała już kilka dni temu, że prezydencki tupolew podchodził do lądowania w Smoleńsku nie kilka razy, lecz tylko raz.

Amerykańskie spekulacje

Według dziennika "USA Today" przyczyną wypadku prezydenckiego samolotu mogła być awaria lub zignorowanie sygnałów TAWS - specjalnego systemu komputerowego ostrzegającego przed np. wzgórzami i masztami antenowymi (w dużym uproszczeniu działa jak system parkowania w samochodzie).

Opierając się na opiniach pilotów, amerykańska gazeta twierdzi, że gdy samolot leci zbyt nisko, wówczas pojawia się sygnał: "Ziemia, ciągnij w górę". Tu-154 z prezydentem na pokładzie był wyposażony w tego rodzaju urządzenie, które działa na podstawie informacji z GPS, wysokościomierza i barometru. Zdaniem rozmówców gazety ten system powinien uruchomić się na długo, zanim doszło do uderzenia w ziemię.

Ppłk Grzegorz Kułakowski, zastępca dowódcy 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego powiedział "Gazecie", że taki system jest użyteczny w nagłych przypadkach, gdy dzieje się coś niestandardowego.

- W tym przypadku, mam na myśli wypadek w Smoleńsku, ważne są parametry lotu. Jeśli samolot normalnie podchodził do lądowania, zniżanie było normalne, było wyciągnięte podwozie, klapy, to wówczas system traktował to jako normalną procedurę lądowania - stwierdził płk Kułakowski. Zastrzegł, że nie zna wszystkich szczegółów, i to, czy system zawiódł, czy nie, będzie można ocenić dopiero po poznaniu wszelkich parametrów lotu.

Inny z cytowanych przez Amerykanów ekspertów przypuszcza, że w bazie danych systemu TAWS mogło nie być kompletnych cyfrowych map okolicy Smoleńska.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Sposób na to, żebyśmy chcieli pracować dłużej?

Każdy pracujący Szwed dostaje co roku ''pomarańczową kopertę''. Tak ma być też w Polsce

Polskie obozy koncentracyjne po II wojnie światowej

Czy można mówić o ''polskich obozach koncentracyjnych''? Gorący spór o to wywołuje film dokumentalny Pawła Siegera