Liczba ofiar czwartkowego
trzęsienia ziemi na Wyżynie Tybetańskiej w północno-zachodnich Chinach wzrosła do 760. Szacuje się, że pod gruzami na ratunek czeka jeszcze 300 kolejnych osób - informuje agencja Xinhua. Szpitale musiały przyjąć 11 tys. rannych, w tym 1174 z ciężkimi obrażeniami. Najbliższy miejscu katastrofy dobrze wyposażony szpital jest w Xining, stolicy prowincji Qinghai - to aż 1000 km od epicentrum trzęsienia. Najciężej rannych przewozi się tam helikopterami.
Akcja ratunkowa jest utrudniona, bo wstrząs o sile 7,1 stopni w skali Richtera nawiedził zagubiony w górach region położony na wysokości 4 tys. m nad poziomem morza. Tak wysoko mieszkają prawie sami Tybetańczycy, pasterze i rolnicy - w sumie 100 tys. ludzi. Rząd w Pekinie wysłał do pomocy wojsko. W region katastrofy jadą konwoje z żywnością, wodą pitną i sprzętem medycznym. Transporty z pomocą mijają się z małymi traktorami jadącymi w przeciwną stronę. Ucieka nimi miejscowa ludność, która opuszcza swoje
domy i chroni się w dolinach.
Akcję ratunkową utrudniają zimno, silny wiatr, częste wstrząsy wtórne i choroba wysokościowa. Ratownikom, którzy walczą z czasem, brakuje też ciężkiego sprzętu. W Yushu działa co prawda lotnisko, ale droga dojazdowa została uszkodzona i jest dopiero w naprawie. Ratownicy, którzy walczą z czasem, pracują gołymi rękami i łopatami.
Telewizja chińska pokazuje od dwóch dni uratowaną dziewczynkę, która spędziła 12 godzin pod gruzami. - Przepraszam za sprawione kłopoty - dziękowała ratownikom, którzy ją wynosili na noszach - Nigdy tego nie zapomnę.
W regionie dotkniętym
trzęsieniem ziemi zawaliła się większość domów. W miejscowości Jiegu zniszczonych jest 85 proc. budynków - szacują władze chińskie. Według chińskiego Czerwonego Krzyża zniszczone zostały też dwie trzecie szkół. Wśród zabitych jest 56 uczniów, a 40 uwięzionych jest wciąż pod gruzami.
prezydent Chińskiej Republiki Ludowej
Hu Jintao skrócił podróż po Ameryce Łacińskiej i po odwiedzeniu Brazylii zrezygnował z wizyty w Wenezueli i Chile