Za Odrą do tej pory w kwestii lotów najważniejszych polityków panowała całkowita dowolność. Listę pasażerów towarzyszących Angeli Merkel ustalają jej urzędnicy i w ciągu ostatnich pięciu lat zdarzało się, że w zagraniczną podróż kanclerz jednym samolotem leciała z wicekanclerzem i zarazem szefem
MSZ. Gdy kilka lat temu Merkel leciała do Jerozolimy, razem z nią leciała większość niemieckich ministrów. Do podobnych sytuacji dochodzi, gdy niemiecka delegacja leci na konsultacje do Paryża. Kilka razy na pokładzie maszyny pani kanclerz był też prezydent Horst Köhler. Na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego Merkel przyleci zresztą razem z nim.
- Najważniejsze osoby w państwie powinny latać osobno. Taki wniosek powinien płynąć z tej tragedii - uważa Andreas Scheuer, wiceminister transportu, i zapowiada wprowadzenie ostrych przepisów w tej sprawie.
Niemcy chcą wzorować się na regulacjach, które od lat działają w świecie biznesu. W wielkim koncernie chemicznym Bayer albo koncernie samochodowym Daimler na pokład jednego samolotu może wsiąść tylko dwóch członków zarządu.
Podobnie jest w Deutsche Banku, największym banku Niemiec. Jednym samolotem nie może podróżować więcej niż kilku menedżerów nawet średniej rangi, a gdy ruszają w daleką trasę samolotami, specjalny dział opracowuje szczegółowy plan podróży. Wszystko po to by na wypadek katastrofy koncern nie został zdziesiątkowany. Podobne przepisy obowiązują nawet zarządy najmniejszych banków spółdzielczych.
Zmiany w przepisach popierają politycy FDP. - Rząd powinien mieć świadomość tego, co się może stać. Trzeba wykluczyć wszelkie ryzyko. - przestrzega Patrick Döring z FDP. Tym bardziej że już 1999 r. o mały włos nie rozbił się rządowy airbus lecący na przyjęcie noworoczne wydawane przez prezydenta Niemiec. Na jego pokładzie było kilku ministrów, m.in. szef ministerstwa obrony i ministrowie finansów oraz gospodarki. Z tamtego incydentu nie wyciągnięto żadnych wniosków.
Do wprowadzenia ostrych przepisów wzywa też prasa holenderska. Dziennik ekonomiczny "NRC Handelsblad" wypomniał rządzącym, że teoretycznie na pokładzie holenderskiego samolotu rządowego mogą znaleźć się królowa, następca tronu, premier i ministrowie. W Holandii nie ma żadnych regulacji w sprawie podróży dygnitarzy, i w przypadku katastrofy lotniczej kraj może zostać bez głowy państwa i rządu. Cytowany przez
dziennik rzecznik rządu twierdził, że w Holandii dba się o to, by ważne osobistości nie podróżowały razem, ale "nie wysyła się trzech ważnych osób w państwie trzema osobnymi samolotami". Podobnie sprawa wygląda w większości krajów Europy.