Przepisy chce zmienić minister obrony narodowej
Bogdan Klich. - Powinniśmy ustalić w państwie procedury, które zapobiegną podobnej hekatombie w przyszłości - powiedział wczoraj. To zapewne reakcja na pytanie, które stawiają sobie Polacy, gdy pod Smoleńskiem zginęła para prezydencka, prezes
NBP, wicemarszałkowie Sejmu i Senatu oraz najwyżsi rangą dowódcy sił zbrojnych. Zdaniem ekspertów najważniejsze osoby w państwie nie powinny latać jednym samolotem. Minister Klich zapewnił wczoraj, że wojskowi pomogą cywilom zmienić przepisy.
Ale tę kwestię kategorycznie rozstrzygnęli jedynie Amerykanie. Wiceprezydent nie może wejść na pokład "Air Force One", czyli samolotu, który wiezie prezydenta. Chodzi o to, by w razie katastrofy wiceprezydent mógł przejąć obowiązki zmarłego prezydenta.
W Europie do sprawy podchodzi się o wiele luźniej. - Nie mamy żadnych wiążących przepisów. Trudno z góry zakładać katastrofę - mówi ppłk Holger Neumann, jeden z rzeczników niemieckiego ministerstwa obrony. O tym, kto towarzyszy kanclerz Merkel na pokładzie rządowego airbusa, decydują jej urzędnicy. Zdarzało się, że na unijne szczyty leciała ze swoim zastępcą, który jest jednocześnie szefem
MSZ. - W sprawie podróży wojskowych dbamy o to, by dowódcy nie podróżowali razem ze swoimi zastępcami. To ogólnoeuropejski standard - mówi ppłk Neumann. W Niemczech nie zawsze jest to możliwe, bo czasami brakuje wolnych samolotów. Dowódcy latają też razem, by ograniczyć koszty.
- Mamy zalecenie, by politycy nie latali razem ze swoimi zastępcami - mówi Jana Chloubova, rzeczniczka rządu Czech. Np. razem z prezydentem nie powinien lecieć przewodniczący Senatu, bo w razie śmierci głowy państwa przejmuje jego obowiązki. Podobnie premier nie powinien latać z pierwszym wicepremierem. - Ale to tylko zalecenia. Nie ma sztywnego zakazu - mówi.
Podobnie jest we Francji, gdzie z prezydentem nie powinien lecieć przewodniczący senatu.