Najsłynniejszym samolotem świata jest dziś chyba biało-niebieski boeing VC-25 - gdy na jego pokład wchodzi amerykański prezydent, maszyna automatycznie otrzymuje kryptonim "Air Force One".
Dwa pokłady długiego na ponad 70 metrów kadłuba boeinga mogą pomieścić 70 pasażerów. W przedniej części jest kompletne biuro, sypialnia prezydenta, sala konferencyjna, siłownia i kuchnia. Na wypadek problemów zdrowotnych prezydenta jest w pełni wyposażona sala operacyjna. Z pokładu "Air Force One" prezydent
USA może prowadzić telekonferencje z ziemią czy wygłaszać orędzie do narodu.
Samolot może przelecieć 12 tys. km i uzupełniać paliwo w powietrzu. Dwa prezydenckie VC-25 nie są nowe - weszły do służby w 1990 r. i Amerykanie powoli myślą o ich zastąpieniu.
Swojego "Air Force One" ma dostać na jesieni prezydent Francji Nicolas Sarkozy. W tym celu wojsko odkupiło od linii lotniczych Air Caraibes airbusa 330. W 60-metrowym kadłubie powstanie prezydenckie biuro, sypialnia i łazienka. Samolot po przeróbkach ma kosztować ponad 100 mln euro.
Obecnie prezydent Sarkozy podróżuje trzy razy mniejszym falconem 7X, którego francuscy piloci żartobliwie nazywają "Carla One", naturalnie na cześć prezydentowej Carli Bruni. Poza tym francuskich ministrów wozi 16 większych i mniejszych samolotów. François Mitterrand, prezydent Francji w latach 80. i 90., w dalekie
podróże latał z kolei ponaddźwiękowym concordem.
Własny "Air Force One" marzył się byłemu premierowi Wielkiej Brytanii Tony'emu Blairowi. Zabiegi o zakup (a potem leasing) dwóch samolotów dla premiera i ministra obrony zaczęły się w 1998 r. Pod wpływem zdania opinii publicznej i opozycji, że wydawanie 12 mln funtów na nowe samoloty to zbytek, dwa lata temu plany te upadły. Brytyjscy ministrowie, a także rodzina królewska korzystają z małych samolotów Bae 146, w których zasięgu jest jedynie Europa. Na dłuższe podróże czarteruje się samoloty British Airways lub korzysta z samolotów rejsowych.
Władimir Putin lata jednym z dwóch
luksusowo wyposażonych iljuszynów Ił-96 obsługiwanym przez państwowe linie lotnicze Rossija. Podłogi tych samolotów wyłożone są marmurem, a ściany jedwabiem, w łazience jest pozłacana armatura.
Niemiecką flotę samolotów rządowych usterki prześladowały równie mocno co polską. W 2006 r. o mały włos nie doszło do katastrofy, gdy w kokpicie lecącego z Berlina do Wiednia challengera 601 (jednej z sześciu małych maszyn, którymi Luftwaffe wozi VIP-ów) zapaliło się ostrzeżenie o rozszczelnieniu kadłuba. Na pokładzie był ówczesny szef
MSZ Frank-Walter Steinmeier. Pilot obniżył samolot, by zmiana ciśnienia nie rozsadziła kadłuba.
Kilka lat wcześniej w challengerze pękła jedna z szyb. A jeszcze innym razem podczas startu w kabinie pojawił się dym.
Przez ciągłe awarie kanclerz Angela Merkel i jej ministrowie regularnie spóźniali się na unijne szczyty. Zdaniem niemieckiej prasy stan challengerów 601 i kilku transatlantyckich airbusów 310 jest katastrofalny. Flota ma ponad 20 lat, a część samolotów przejęto od likwidowanych linii lotniczych NRD.
Niemcy z wymianą zwlekali ponad 10 lat, ale w przeciwieństwie do Polski w końcu ją zaczęli. Dwa tygodnie temu Lufthansa przekazała rządowi pierwszego airbusa A319. Do końca 2011 r. rządowa flota Niemiec ma składać się wyłącznie z nowoczesnych airbusów i mniejszych maszyn typu Global 5000.
Władze m.in. Indii, Japonii, Kuwejtu, Tajwanu, Chin korzystają z przerobionych jumbo jetów. Wiele krajów używa airbusów. Do tej pory Tu-154 poza Polska woziły dygnitarzy Białorusi, Ukrainy i Bułgarii. Władze tej ostatniej po sobotniej katastrofie pod Smoleńskiem wycofały samolot ze służby i postanowiły go sprzedać.