« Katastrofa samolotu staje się dla Polaków drugą traumą katyńską, a Katyń - ziemią przekletą » , taki był, pełen zrozumienia dla rozmiarów dramatu i dla głębi polskiej żałoby, ton pierwszych komentarzy prasy zachodniej po tragedii pod Smoleńskiem. Dla Polaków - tak będzie jeszcze długo. U innych emocje i wzruszenia zaczęły się powoli, ale wyraźnie rozwiewać, aby przejść u niektórych w strefę refleksji i próby analizy nowej sytuacji w Polsce. I w Europie. Albowiem, myśli się już o Polsce nie tylko jako o kraju pogrążonym w głębokiej zadumie nad swoim losem, lecz jako o wielkim państwie Uniii Europejskiej, najbliższym sąsiedzie Rosji.
Poza granicami kraju dotkniętego nieszczęściem, prasowa żałoba nigdy, wiadomo, nie trwa długo. Tragedia ludzka wywołuje naturalnie odruch oficjalnej solidarności, telegramów z kondolencjami, czasem nawet szczerymi, i - na pewno - współczucie normalnego człowieka. Na krótko. Tym bardziej że - bądźmy szczerzy -
Lech Kaczyński nie był w europejskiej Brukseli zbyt popularny.
Ci, którzy - bez większych wzruszeń - naprawdę się euro-geo-polityką interesują, zwracają uwagę na dwa punkty dla Europy ważne.
Po pierwsze, mimo strasznego żniwa ludzkiego, żadna destabilizacja Polsce, ani, co za tym idzie, Europie nie grozi. W Polsce wszystko funkcjonuje, mimo żałoby niezbędne kontakty są utrzymane. Przyjdą nowi ludzie, wielu z nowego pokolenia post-post-komunistycznego, czysto europejskiego, poruszającego się swobodnie po unijnej Brukseli.
Ale najpoważniejsze rozważania dotyczą "fatalizmu Katynia" w układzie polsko-rosyjskim, i, co istotne, europejsko-polsko- rosyjskim. Ewolucja stosunków Warszawy z Moskwą rozpoczęta (od czegoś trzeba zacząć), od wizyty Putina na
Westerplatte i
jego artykułu w "Wyborczej", nie była tajemnicą w Brukseli. Ale potem było cicho, "cool", powiedziano, poczekajmy. Dopiero
zaproszenie Tuska przez Putina do Katynia wywołało szok. To, powiedział poważny polityk, jedno z najważniejszych wydarzeń geopolitycznych ostatnich dziesięcioleci. Gesty rosyjskie w Smoleńsku, dzień żałoby w Rosji, przyjazd Putina, orędzie Miedwiediewa, zaproszenie Rotfelda i Torkunowa z "Grupy do spraw Trudnych", na spotkanie z obu prezydentami, zmiany w programach telewizji, nie stanowią - jak sugerują niektórzy podejrzliwi mędrcy - rosyjskiej próby odwrócenia uwagi od straszliwej symboliki miejsca. Są raczej - chyba, że przyszłość wykaże inaczej - wpisane, żałobnie, ale prawdziwie, w proces zbliżenia polsko-rosyjskiego.
To założenie lekko ryzykowne, ale ważne. Spory, czasem prawdziwe, a częściej głupio propagandowe oraz iskrzenie na linii Moskwa-Warszawa, stanowiły stałe zmartwienie analityków europejskich. Cynicy powiedzą, może niezupełnie bez racji, że Putin może sobie pozwolić na odwilż z Warszawą, bo
Ukraina przestała być « buforem i przedmurzem » Polski i Europy. Poważniejsi obserwatorzy dodadzą jednak, że Rosja jest słabsza niż udaje; że ma bliskie (za bliskie) stosunki z Niemcami, ale nie z całą Europą; i że to Polska będzie niedługo Unii przewodniczyć - i choć nie jest to dyktatura, to jednak jakiś wpływ na sprawy UE wywierać może i napewno zechce. A Rosję to interesuje.
Polska zostaje w cieniu Rosji. Ale Putin i Tusk mają teraz przed sobą kilka kadencji po sąsiedzku, obok siebie, co jest warte ryzyka długofalowych inwestycji. Np. wyzwolenia się z kultu męczenników w Polsce i nostalgii za Stalinem w Rosji, i poszukania szczęścia obu krajów w konkretnych osiągnięciach.
Kłania się więc Jerzy Giedroyć. Polska, powtarzał, będzie tym silniejsza na Zachodzie, im bliższe będzie miała stosunki ze Wschodem, z niesowiecką Rosją. Jeżeli ten kurs się utrzyma, to «Polska - powiedziałby Giedroyć gdyby mógł - będzie teraz lepsza »