Telefony i maile przychodzą cały dzień. Dzwonią i piszą nie tylko amerykańscy dyplomaci, dawni ambasadorowie w Warszawie, nie tylko specjaliści od Polski i Europy zwaszyngtońskich instytutów. Dzwonią zwykli amerykańscy znajomi, sąsiedzi, czasem ludzie, z którymi nie mieliśmy kontaktu od lat.
Nikt nie jest w stanie wiele mówić, ale zapewniają o solidarności, modlitwach. I Kasi, i mnie, i dzieciom, które nie wszystko rozumieją, ale też płaczą, pomagają jakoś znieść to uczucie pustki, załamania, bezsensu.
Jedziemy do ambasady RP w Waszyngtonie. Dorośli poważnie, na czarno. Dzieci postanowiły ubrać się kolorowo, bo, jak mówi nasza pięcioletnia Zosia, "chcę, by Polska znów kiedyś była kolorowa".
Wczesnym popołudniem pod ambasadą nie ma jeszcze wielu kwiatów - może 20, może 30 wiązanek, kilka zniczy. Z dziećmi i polskimi przyjaciółmi zapalamy kolejne, układamy w krzyż. Przychodzi para Amerykanów, dodają różę, wchodzimy do ambasady, by wpisać się do księgi kondolencyjnej. W kolejce w większości Polacy, starsi i zupełnie młodzi, studiujący w stolicy
USA lub pary polsko-amerykańskie.
Ale są też Amerykanie. Młody, elegancki Murzyn długo, może z dziesięć minut, dobiera słowa, wpisuje się na pół strony. Polacy krócej: "Straszna tragedia", "Cześć ich pamięci", "Czy nasz kraj wciąż muszą dotykać takie nieszczęścia?".
Wychodzimy, kwiatów pod płotem jest już więcej, ale nadal niedużo. W pewnej chwili chodnikiem idzie wymuskany młodzieniec w modnych ciuchach. Wpada w znicze, przewraca, dwa tłucze. Widzi, co zrobił, ale nawet się nie zatrzymuje. Gdy próbujemy mu zwrócić uwagę - nie słyszy, w uszach ma słuchawki.
Wpadamy z przyjaciółmi w jeszcze gorszy nastrój. - Ciekawe, czy w poniedziałek w pracy ktoś z jankesów choćby się zająknie z kondolencjami - wzdycha nasza znajoma Ewa pracująca w dużej firmie amerykańskiej. Ale po chwili znów ktoś z naszej grupy dostaje telefon od współczujących Amerykanów.
Gdy parkujemy
auto przed domem, pod drzwiami stoją kwiaty od innych sąsiadów - przyjaciół z dołu ulicy. A potem znów kolejne miłe, pocieszające telefony.
Jadę do Baltimore, gdzie Polonia jest dużo liczniejsza niż w Waszyngtonie. Pod imponujący pomnik Katyński przyjeżdżam, gdy właśnie skończyło się tam czuwanie. Jest jeszcze kilkadziesiąt osób, dużo kwiatów. Podchodzą Amerykanie, mnie, widząc polską wstążkę z kirem w klapie marynarki, zaczepia Jeff: - Wiemy, co się stało, jest nam bardzo przykro. Polacy to dzielny naród...
W telewizji cały wieczór polska tragedia to jeden z głównych tematów. Międzynarodowy CNN mówi niemal wyłącznie o tym. Mniej, ale też sporo, również zwykły CNN amerykański oraz NBC i Fox. Gdy mowa o prezydencie Kaczyńskim, przypominana jest historia "Solidarności" i rola Polski w obaleniu komunizmu, przy prezesie Skrzypku - polskie sukcesy gospodarcze. CNN, CBS, Fox, wszyscy podkreślają, jak ważnym Polska jest sojusznikiem USA, np. w Afganistanie. Słyszę rzeczy, które zwykle w mediach amerykańskich słychać bardzo rzadko, jeśli w ogóle. Błędy, zwykle powszechne, gdy popularne media w USA mówią o naszej części świata, są teraz rzadkie i trzeciorzędne. Właściwie wszyscy powtarzają: ten stabilny kraj, dojrzała demokracja, poradzi sobie nawet po tak wielkim ciosie.
Tak dużo i tak dobrze o Polsce nie mówiło się w Ameryce i w ogóle za granicą (to samo, jak widzę, jest w BBC) od wielu lat. Być może od 1999 r., od wejścia do NATO. A być może nawet od 20 lat - od obalenia komunizmu.
I jeszcze wspaniałe słowa Baracka Obamy. I świetna reakcja władz Rosji...
Rozmawiałem parę razy w życiu z kilkoma z tych, którzy zginęli, lecąc do Katynia. Znałem Andrzeja Przewoźnika, Sławomira Skrzypka, Jerzego Szmajdzińskiego i przede wszystkim Mariusza Handzlika, dobrego ducha prezydenckiej polityki zagranicznej. I tak myślę, że i oni, i prezydent Kaczyński, i wszyscy inni gdzieś tam z góry na to wszystko patrzą. I cieszą się, że tak się dziś w świecie mówi oPolsce. O kraju, dla którego życie poświęcali, a w końcu - poświęcili. Może choć w ten sposób nabiera sensu ta straszna katastrofa koło Katynia.
A w niedzielę polskich kwiatów pod ambasadą było już bardzo, bardzo dużo...