Uroczystość powitania na lotnisku odbyła się według ceremoniału wojskowego dla najwyższych dostojników państwowych. Był hymn, a potem przy trumnie modlili się: nuncjusz apostolski abp Józef Kowalczyk, metropolita warszawski abp
Kazimierz Nycz, sekretarz Konferencji Episkopatu Polski bp Stanisław Budzik i kapelani wojskowi.
Do trumny okrytej narodową flagą najpierw podeszli córka i brat prezydenta. Oboje uklękli i krótko się modlili. Potem podchodzili dalsi krewni i przedstawiciele władz.
Kondukt z trumną wyruszył ok. godz. 16. Na trasie przejazdu ustawiły się tysiące warszawiaków i przyjezdnych. Wielu trzymało flagi. Ludzie stali też w oknach i na balkonach. Na kilkadziesiąt minut przed przejazdem konduktu wstrzymano ruch. Wtedy zapadła cisza. Kiedy oczekujących mijał
samochód z trumną prezydenta, jedni rzucali kwiaty, inni się żegnali, niektórzy płakali.
Za oficjalną kolumną utworzył się spontaniczny kondukt motocyklistów i rowerzystów. Im bliżej centrum, tym był większy. Gęstniał też tłum na poboczach.
Na Marszałkowskiej ludzie zaczęli gromadzić się już ok. 14, krótko po tym, gdy media podały trasę przejazdu kolumny. Gdy dotarła tam ok. 16.40, stali już w kilku rzędach. Filmowali i robili zdjęcia. - Nie jestem tu dla sensacji, ale aby oddać hołd prezydentowi Polski. To jest historyczna chwila i początek zmian w kraju - mówił jeden z obserwatorów przejazdu.
Agnieszka Wajzner: - Staliśmy ze znajomymi przy Ogrodzie Saskim. Czegoś takiego nie widziałam w swoim życiu. Była absolutna cisza. Ludzie ułożyli na środku jezdni sznur z tulipanów. Wielu przyjechało spoza Warszawy. Mówili, że chcieli pożegnać prezydenta.
Jacek Sas-Uhrynowski: - Podsłuchałem taką rozmowę: on: - Straszny tłok. Ona: - Myślisz, że tylko myśmy wyszli? On: - Jest więcej ludzi niż na
papieżu. Rzeczywiście, są tu całe rodziny, wszystkie pokolenia, wszystkie twarze, jakie znam, cały przekrój społeczeństwa. Wygląda to tak, jakby cała Warszawa wyszła na ulice. Czuć, że atmosfera jest podniosła i nikt nie ma wątpliwości, że stała się rzecz straszna, która wszystkich połączyła.
Ludzie, którzy stali w szpalerach wzdłuż ulic w centrum - Al. Ujazdowskich, Marszałkowskiej, Senatorskiej, Miodowej - po przejeździe konduktu ruszyli pod Pałac Prezydencki na Krakowskie Przedmieście. Agnieszka Wajzner: - Maszerują wszystkimi możliwymi odnogami, ale nie sposób się tam już przedrzeć. Ci, którzy mają znicze, stawiają je na placu Piłsudskiego, pod pałac nikt się już chyba nie dopcha.
Gdy kondukt wjechał na Krakowskie Przedmieście, rozdzwoniły się kościelne dzwony. Była dokładnie 17, Godzina W, godzina wybuchu Powstania Warszawskiego.
Tłum był tu nieprzebrany. Ludzie wspięli się nawet na cokół pomnika Adama Mickiewcza, wchodzili na kandelabry, stali na drzewach.
- Jest bez znaczenia, z jakiej
Lech Kaczyński był opcji politycznej. To prezydent. A jego zawsze trzeba szanować. Dlatego tu jesteśmy - mówią Elżbieta i Zbigniew Żywiccy. Przyjechali z Nałęczowa, żeby "powitać i pożegnać pana prezydenta".
- Początkowo myślałam, że obejrzę to w telewizji. Ale przyjechałam. Bo chcę w tym uczestniczyć, widzieć to i poczuć, mimo że tak trudno się pozbierać, bo słowa więzną w gardle - mówi Elżbieta Strzelecka z Warszawy.
Pan Mirosław: - Tu są i zwolennicy, i przeciwnicy Lecha Kaczyńskiego. Po prostu zginął człowiek i ważna osobistość życia politycznego.
Po godz. 17 trumna spoczęła w pałacowej kaplicy, gdzie zgromadziła się rodzina zmarłego. Ciało Pierwszej Damy Marii Kaczyńskiej nie zostało wczoraj przywiezione, bo nie zostało jeszcze zidentyfikowane.