Zaczyna się u progu III Rzeczypospolitej. Już w latach 90. ówczesne kierownictwo
MON zastanawiało się nad sprzedażą starych samolotów Jak-40 i zakupieniu nowoczesnych maszyn. Jednak chętnych na odkupienie paliwożernych Jaków-40 nie było. Ostatecznie kupiono wówczas samoloty Tu-154. Jeden klasy lux (zniszczony w sobotę samolot prezydencki) oraz Tu-154 kupiony dla LOT-u, ale przekazany do dyspozycji Urzędu Rady Ministrów. Wówczas te samoloty były postrzegane jako względnie nowoczesne i komfortowe.
Pierwszy program wymiany sprzętu 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego (obsługuje przeloty VIP-ów) powstał w 1995 r. Projekt zakładał zakup trzech samolotów biznesowych średniego zasięgu. Warunkiem miała być możliwość przelotu przez Atlantyk. Mówiono wtedy o trzech oferentach: Falconie, Gulfstreamie, Bombardierze. Nadeszła jednak powódź stulecia i władze uznały, że wydawanie pieniędzy w trakcie klęski żywiołowej na zakup samolotów zostałoby źle przyjęte przez społeczeństwo.
Do planów wrócił kolejny minister obrony Janusz Onyszkiewicz za czasów koalicji AWS-UW. Powstała koncepcja zakupu samolotów, które miałyby zastąpić przede wszystkim wysłużone Jaki-40, które zostały wyprodukowane w 1979 i 1980 roku.
Koncepcje się jednak zmieniały. Mówiono o sześciu, czterech lub trzech samolotach o różnej konfiguracji.
W latach 2002-03 rozpisany został przetarg, ale nie udało się go rozstrzygnąć. W trakcie jego trwania wycofały się dwie firmy i na placu boju pozostał francuski Dassault. Powodem było dołączenie do oferty obowiązku offsetu - czyli inwestycji w polski przemysł zbrojeniowy. W mediach pojawiły się spekulacje o lobbingu, próbie wymuszenia zakupu, zmowie producentów. Ostatecznie rząd Leszka Millera podjął decyzję o anulowaniu przetargu, z powodów formalnych.
Propozycję zakupu "luksusowych" samolotów krytykowały media, a rządzący byli zajęci zresztą innym wielkim kontraktem - na samoloty wielozadaniowe dla armii. Umowę o zakupie F-16 podpisano w 2004 roku. U schyłku rządów
SLD w 2005 roku sytuacja 36. pułku pod względem wyposażenia była tragiczna. Jaki-40 nie powinny już latać (teraz są wykorzystywane w lotach na krótkie dystanse), a resurs - czyli czas użytkowania samolotów Tu-154 - kończył się w 2007 roku.
Nowy szef MON Radosław Sikorski zapowiedział, że za jego kadencji dojdzie do zakupu samolotów dla najważniejszych osób w państwie. Miała go przeprowadzić
Agencja Mienia Wojskowego. Sikorski ogłosił, że rząd przeznaczy na samoloty 100 mln zł i kupi sześć maszyn dyspozycyjnych. Na pokładzie trzech miało się mieścić 15 osób, trzy kolejne miały zabierać 11 osób. Zasięg samolotów zredukowano z 7-8 tys. kilometrów do 5 tys.
To z kolei wywołało krytykę ekspertów. Wskazywali, że takie samoloty nie rozwiążą problemów z Tu-154 z lotami polskich oficjeli przez Atlantyk. Wskazywali, że możliwe jest, że przetarg przygotowany jest pod zakup samolotów Embraer E-145. Sprawę nadzoru nad zakupem objął nawet szef jednostki antykorupcyjnej w MON, który wprowadził nowe wytyczne. Wskazywały, że najważniejszym kryterium wyboru samolotu jest cena.
Ostatecznie w czasie rządów PiS, Samoobrony, LPR nie udało się doprowadzić do wyboru samolotu dla ViP-ów.
Aleksander Szczygło, szef MON z PiS, podkreślał, że gdyby do zakupu doszło przed wyborami, to "zostałby zniszczony przez tabloidy".
Nowy premier rządu PO-
PSL Donald Tusk mówił, że będzie korzystał z samolotów rejsowych. Czas i potrzeby sprawowania urzędu zweryfikowały to przekonanie. Kolejny szef MON Bogdan Klich na początku 2009 r. stwierdził, że w ciągu tego roku polscy politycy będą dysponować nowymi samolotami. Miały być kupione w ramach potrzeby operacyjnej - poza procedurami przetargowymi. Minister mówił nie o "zakupie", ale o "udostępnieniu samolotu", w grę wchodził więc leasing. Tym razem znów mówiło się o samolotach Embraer typ 175.
Jednak na początku tego roku grupa parlamentarzystów zaczęła zbierać podpisy pod wnioskiem o odwołanie Klicha. Wśród powodów wskazywano m.in. próbę leasingu samolotów dla ViP-ów, które według informacji klubu były zbyt drogie w eksploatacji.
Obecnie polscy przywódcy nie dysponują żadnym samolotem, a w przyszłym roku Polska obejmie przewodnictwo w Unii Europejskiej, które będzie wymagało nadzwyczajnej mobilności ze strony premiera i szefa MSZ.