Strażacy, z którymi rozmawiałem, zapewniali, że nie było wybuchu benzyny, który dokonałby jeszcze większych zniszczeń. - Pożar ugasiliśmy szybko. Ale natychmiast okazało się, że nie ma nawet po co wzywać karetek - mówi strażak biorący udział w akcji ratunkowej. Nie potwierdziły się plotki, że trzy osoby przeżyły katastrofę.
Po początkowym chaosie władze Smoleńska starały się robić wszystko, by akcja ratownicza przebiegała jak najsprawniej. Zaczęli też zjeżdżać specjaliści z Moskwy i innych regionów. Lotnisko w Smoleńsku zamieniło się w wielki sztab. Na rozkaz z góry władze zaczęły też lepiej informować o tragedii. Początkowo próbowano ogłosić blokadę informacyjną, ale obietnica premiera Władimira Putina, że śledztwo i prace specjalnej komisji będą jak najbardziej przejrzyste oraz prowadzone w ścisłej współpracy z Polską, zrobiły swoje.
Kilka godzin trwała identyfikacja ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ale jak dowiedziała się "Gazeta", wydobyto je w pierwszej kolejności. Praktycznie od razu odnaleziono także czarne skrzynki samolotu. Ich analiza musi jednak potrwać.
Smoleńsk bardzo przeżył katastrofę. Z inicjatywy miejscowego biskupa prawosławnego Filofakta wieczorem rozpoczęły się panichidy (nabożeństwa żałobne) za ofiary katastrofy. Sam biskup złożył kondolencje rodzinom ofiar i narodowi polskiemu. Mnóstwo razy podchodzili do mnie przypadkowi ludzie, składając kondolencje, oferując pomoc, wsparcie.
Po południu poszedłem obejrzeć trasę dolotu tu-154 na lotnisko w Smoleńsku. Ponad kilometr za lotniskiem na łące stoi mała budka stacji naprowadzającej. To na jej wysokości zaczęły się kłopoty samolotu. Zawadził on o maszt budki, a kilkaset metrów dalej o drzewa. Po pierwszym zderzeniu z masztem piloci próbowali jeszcze wyprowadzić maszynę w górę. Na trawie pozostały po tym dwie czarne smugi ciągnące się na kilkadziesiąt metrów. Wypaliło je gorąco z silników tu-154. Poza resztkami samolotu to ostatni ślad prezydenckiego lotu do Rosji.
Źródło: Gazeta Wyborcza