Staliśmy w oczekiwaniu na tę uroczystą mszę, gdy pojawił się komunikat, że coś się opóźnia, potem - że są jakieś kłopoty z samolotem. Ktoś obok mnie, chyba z Senatu, odebrał telefon i zaczął coś wołać, biegać. Wiadomość poszła przez tłum jak pożar trawy. Jeden z harcerzy zaczął modlitwę. To był dziwny widok: ludzie jedną ręką przesuwali różaniec, a drugą trzymali telefon przy uchu z nadzieją, że tragiczne informacje może się nie potwierdzą, a potem, że może choć ktoś ocalał. "Nic już nie ma znaczenia" - ktoś powiedział. Ale nie, coś jednak ma znaczenie fundamentalne - msza święta. Tylko ona się odbyła z całego programu. Stoję teraz przy krzesełkach, na których leżą takie ładne karteczki z nazwiskami tych, którzy mieli tu usiąść.
Źródło: Gazeta Wyborcza