Tak przewodniczący sejmowej komisji ds. służb specjalnych komentuje piątkowe informacje "Gazety" o horrendalnie wysokich nagrodach przyznawanych wybranej grupie funkcjonariuszy CBA.
Były szef Biura
Mariusz Kamiński za najgłośniejsze, medialne sprawy w latach 2007-09 dawał setki tysięcy złotych do podziału na 50-60 agentów. Np. za tzw. aferę gruntową - 600 tys. zł; za zatrzymanie pod zarzutem korupcji byłej posłanki PO Beaty Sawickiej - 700 tys.; a za operację "willa Kwaśniewskich" (nieudaną próbę znalezienia rzekomo ukrytego majątku prezydenckiej pary) - blisko 300 tys. zł. Najwięcej z tej puli - nawet powyżej 20 tys. zł - brali dyrektorzy zarządu operacyjno-śledczego.
CBA to służba podległa premierowi. Także za obecnego rządu Kamiński szastał uznaniowymi nagrodami, ale min. Jacek Cichocki, sekretarz Kolegium ds. Służb w kancelarii premiera, odmawia komentarza "Gazecie". W przygotowywanej przez Cichockiego nowelizacji ustawy o CBA mowa jest o zmianie rozporządzeń premiera dotyczących nagradzania agentów. W jakim kierunku? Na ten temat Cichocki też milczy.
Poseł Miodowicz zwraca uwagę, że opisany przez nas system nagradzania "to przykład wyalienowania tej służby": - To dowód, że Biuro nie było należycie kontrolowane przez rząd.
I podkreśla: - Te nadużycia nie były znane większości funkcjonariuszy CBA i wywołały wśród większości z nich powszechne wzburzenie.
Janusz Krasoń (
SLD), wiceprzewodniczący komisji ds. specsłużb, jest jeszcze ostrzejszy: - Płacono za ideologiczne wykonywanie zadań, za politykę, medialne fajerwerki, a nie za skuteczność.
I po raz kolejny domaga się przedstawienia wyników efektywności CBA. W piątek wysłał w tej sprawie poselskie zapytanie do premiera.
- Państwo nie może być państwem dziadowskim, są służby, które muszą być opłacane znacznie lepiej - komentował wczoraj w Sejmie doniesienia "Gazety" szef Komitetu Wykonawczego
PiS Joachim Brudziński.