http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Targowisko prywatności

Zbigniew Mikołejko*
2010-04-12, ostatnia aktualizacja 2010-04-09 19:13

Prywatność chroni wolność. Tę wolność, która dla młodych ludzi jest oczywista. Ale ja pamiętam czasy, kiedy intymny dziennik mógł trafić w ręce ubeków

Aleksandra Klich: Zawsze była prywatność?

Zbigniew Mikołejko: Skąd! W średniowiecznym zamku kobiety, mężczyźni, dzieci - wszyscy razem mieszkali w największej izbie wieży obronnej i nic nie mieli przed sobą do ukrycia. Tak samo na dworach. Proszę zerknąć do „Żywotów pań swawolnych” Brantčme'a. Tam wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, znają nawet najbardziej odrażające tajemnice dotyczące fizjologii czy życia erotycznego.

Ludwik XIV wymagał od swojego otoczenia, by było świadkiem nawet jego posiedzeń na nocniku. Luwr jest zresztą tak zaprojektowany, że nie ma korytarzy. Przechodząc amfiladą z pokoju do pokoju, było się świadkiem rodzenia, gotowania, życia seksualnego. To był naturalny tryb życia w gromadzie. Dopiero świat nowoczesny, mieszczański, który zaczął wyłaniać się w XVII-XVIII wieku, zbudował pojęcie prywatności, podzielił przestrzeń przegrodami, obwarował granicami. Wynaleziono choćby zamki, za pomocą których można było zamykać drzwi od wewnątrz, stworzyć sobie intymny świat.

Można było wreszcie przeczytać w spokoju książkę?

- Oczywiście, wcześniej to było niemożliwe. Fakt, że człowiek znalazł prywatną przestrzeń, w której mógł być wolny, samotny, sam ze sobą, to jedno z największych zdobyczy cywilizacji.

Ale jak się wznosi bariery, to pojawia się potrzeba ich przezwyciężenia. Zajrzenia, co jest za nimi.

- Tak, bariery wzniecają ciekawość. Gdy w połowie XIX wieku umierał Chopin, przez jego pokój przewalał się tłum. Panie mdlały na widok jego chudości, sensacje wywoływały kolejne krwotoki. Ludzie chcieli wedrzeć się gwałtownie, radykalnie w intymność człowieka, dotknąć tego, co najbardziej prywatne - umierania. Tego w średniowieczu nie było. Człowiek umierał we wspólnocie, ale zwykłej śmierci nie towarzyszyło niezdrowe podniecenie.

Prywatność konstytuuje więc nas jako wolnych ludzi, ale za tę wolność płacimy.

- Najbardziej męczące jest zmaganie się tego, co prywatne, z tym, co publiczne. Człowiek bowiem nie może żyć bez wspólnoty. Ani siedemnastowieczny indywidualista, który uciekł w prywatność, by pobyć w samotności. Ani podmiot myślący Kartezjusza, który wzywa, by poznawać świat jednostkowo, osobiście. Ani nawet samotnik Robinson Crusoe z powieści Defoe i egoista Hobbesa. Ten ostatni zawiera przecież umowę społeczną, żeby przetrwać. Dla zaspokojenia potrzeb "ja" tworzy więc wspólnotę, która szybko jednak wdziera się w prywatność. Jesteśmy więc skazani na to miotanie się między prywatnym i publicznym.

Ale mogę nie wpuścić ludzi do swojej prywatności, narzucić im opowieść na własnych warunkach.

- Mogę. Pytanie: czy mam prawo? Każdy zatem, kto zmaga się między sobą autentycznym i maską, musi sobie na to pytanie odpowiedzieć sam. Na ile jestem prawdziwy w swojej prywatności, a na ile zafałszowany?

Czytając dzienniki np. Marii Dąbrowskiej, mam wrażenie, że nawet pisząc intymnie, dla siebie, artysta siebie kreuje.

- Tak się dzieje najczęściej. Ale przeczytałem właśnie dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza i mam wrażenie, że są wyjątkowo szczere. I nie chodzi mi nawet o tego Iwaszkiewicza, który jak pensjonarka wzdycha do swojego zmarłego kochanka, ani o magiel polityczny tamtych lat. Najbardziej interesuje mnie Iwaszkiewicz zmagający się ze starością i przemijaniem. Iwaszkiewicz, który chciałby jeszcze tak wiele zrobić, a wie, że nadchodzi śmierć.

Czytając te dzienniki, nie miał pan wrażenia, że niedyskretnie zagląda do cudzej alkowy?

- Nie, bo on mnie do niej wpuścił.

Niektórzy czytelnicy biografii Kapuścińskiego zarzucali taką niedyskrecję jej autorowi Arturowi Domosławskiemu. Miał pan wrażenie podczas lektury tej książki, że wkracza w jakąś intymność?

- Nie, nie mam wrażenia, że wchodzę w czyjąś prawdziwą intymność. Ale dlatego, że nie dowiaduję się z niej niczego specjalnego ani o człowieku, ani o pisarzu. Po prostu z książki Domosławskiego wyłania się Kapuściński, który miał nieciekawe życie. Zarówno książka Domosławskiego, jak i to, co ze swoim życiem zrobił poprzez spisanie jego bohater, to dwie różnie wykreowane biografie. Która mnie bardziej pociąga? Oczywiście ta autorstwa Kapuścińskiego.

Nie interesuje pana prawda?

- A co to jest za prawda? Czy bohater sypia z panią K., czy panem K, czy donosi bardziej, czy mniej, czy kłamie, czy nie - to przecież banały, oczywistości, którymi jest wypełnione życie bardzo wielu zwykłych ludzi. Drobne ludzkie brudy. Wszyscy tak postępują. To nie jest ważne. Nie chcę włazić w taką intymność. Nie interesuje mnie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':