W Anglii co kilka miesięcy wybucha skandal wywołany kontrowersyjną biografią, podobnie jest w Stanach Zjednoczonych. W Polsce zaczyna się debatować o tym, czy i kiedy publiczne autorytety można strącać z pomników. W Niemczech wydaje się sporo biografii, ale nie wywołują one większych sporów. Dlaczego?
Peter Merseburger: Zacznijmy od tego, że w Niemczech zdarzały się ważne kontrowersje wokół biografii znanych osób, choć może nieco inne, niż ma pan na myśli. Jeden z ważniejszych intelektualnych sporów po wojnie wywołała biografia Fryderyka II, króla Prus, którą napisał założyciel i wieloletni wydawca tygodnika „Der Spiegel” Rudolf Augstein. Fryderyk II uchodził w Niemczech zawsze za wspaniałą postać, wielkiego oświeconego władcę, i miał ogromne grono wielbicieli. Zarazem był symbolem pruskiej przeszłości, którą zaraz po wojnie niezwykle idealizowano. Cnoty pruskie przeciwstawiano demoniczności nazizmu, utrzymując, że jedno z drugim nie miało nic wspólnego. Ten mit pielęgnowany był nawet przez tak zdeklarowanych demokratów jak inna wielka dama niemieckiej prasy hrabina Marion Dönhoff z tygodnika „Die Zeit”. Mimo iż jej własny brat był w NSDAP, zawsze pisała o pruskiej szlachcie jako ostoi antyhitlerowskiej opozycji. Tymczasem w większości poszła ona za Führerem. Augstein zadał temu mitowi poważny cios. Pisał o pruskim militaryzmie, wojnach prewencyjnych Fryderyka II i opresyjnym państwie pruskim jak mało kto wcześniej. Wielu się na niego rzuciło, bo z ich perspektywy zaatakował narodową świętość.
Ale strącanie z cokołu osiemnastowiecznego władcy to jednak coś innego niż spory o osobistości współczesnego życia publicznego. Może różnica w stosunku do Polski polega na stosunku do autorytetów? W Niemczech instytucja "nietykalnych" właściwie nie istnieje.
- Zgadzam się. Ale to zjawisko dosyć świeżej daty. Po drugiej wojnie wiara w niepodważalne autorytety była jeszcze całkiem rozpowszechniona, to było społeczeństwo ukształtowane w warunkach autorytaryzmu i dyktatury. Zdrowe, demokratyczne podejście do publicznych wyroczni wykształciło się dopiero później. Właśnie "Spiegel" Rudolfa Augsteina odegrał w tym kluczową rolę. Szybko uznano go za organ "braku respektu", który bez pardonu obchodził się z nietykalnymi dotąd "świętymi", jak np. kanclerzem Adenauerem. To był szok, ale wkrótce ten styl przejęły także inne pisma. To efekt liberalizacji społeczeństwa - ogromne znaczenie miała też rewolta '68 roku i przełom kulturowy tamtego okresu. Wtedy podważano autorytet całej generacji ojców, która ukrywała w dużej mierze prawdę o swojej roli w czasach narodowego socjalizmu. To miało istotne i trwałe znaczenie dla kultury politycznej. Odtąd krytyczne nastawienie do autorytetów jest standardem - każdego można prześwietlić, nikt nie ma patentu na świętego. Myślę, że ma to też związek ze stosunkiem do narodu. W Polsce, gdzie jest on znacznie cieplejszy niż w Niemczech, zapotrzebowanie na narodowe ikony jest znacznie większe. W Niemczech niepodważalnym autorytetem można zostać w najlepszym razie po dziewięćdziesiątce. Dzisiaj ten status mają do pewnego stopnia były kanclerz Helmut Schmidt, niegdyś ostro zwalczany przez prawicę, i były prezydent Richard von Weizsäcker. Kto nie dożyje tak późnej starości, niezależnie od zasług nie ma co liczyć na taryfę ulgową.
Niepodważalnych autorytetów nie ma, ale i tak niemieccy biografowie nie wydają się też zbyt skłonni do demaskowania ich słabości i strącania z piedestału. Wokół ich życia prywatnego roztacza się parasol ochronny. Publiczne debatowanie nad aferami typu Clinton - Lewinsky wydaje się nie do pomyślenia. Najnowszy przykład - przez lata krążyły opowieści o romansie Helmuta Kohla ze swoją główną współpracowniczką. W najnowszej biografii kanclerza znaleźć można na ten temat tylko subtelną aluzję dla wtajemniczonych.
- To nie wyjątek. O tym, że jego poprzednik Willy Brandt miał kochanki, wiedzieli wszyscy, ale nikt o tym nie pisał. Istniał konsens wokół tego, że o pewnych rzeczach w życiu prywatnym polityków się nie pisze. Wraz ze wzrostem roli prasy bulwarowej to się, oczywiście, zmieniło. Poważna prasa w dalszym ciągu trzyma się jednak tej zasady. Z drugiej strony zmieniły się także czasy. To, co kiedyś było sensacją, dzisiaj kwitowane jest wzruszeniem ramion. W kampanii wyborczej 1961 roku kanclerz Konrad Adenauer atakował swojego konkurenta Brandta, wskazując, że naprawdę nazywa się Frahm i jest nieślubnym dzieckiem. Wybitny pisarz Heinrich Böll napisał wówczas ostry tekst, sprzeciwiając się próbie zdezawuowania tego polityka. Oburzenie było powszechne. Dzisiaj taki "zarzut" Adenauera wszyscy uznaliby za śmieszny. Ostatnio mieliśmy aferę w Niemczech, bo okazało się, że ważny polityk bawarskiej konserwatywnej partii CSU Horst Seehofer ma kochankę i w dodatku dziecko z nią. Nie chcę bronić "Bild Zeitung", która na ten temat się rozpisywała tygodniami, ale co mu to zaszkodziło? Oczywiście, musiał rozmówić się z żoną. Ale trudno powiedzieć, by skandal zniszczył jego karierę. Już po ujawnieniu szczegółów jego życia prywatnego został premierem katolickiej Bawarii.
Gdzie przebiega ta granica między tym, co prywatne, a tym, co publiczne? Jakimi kryteriami kierować ma się biograf lub dziennikarz, opisując życie osobiste swoich bohaterów?
- Nie ma prostej odpowiedzi, decyzja jest zawsze kwestią indywidualnego uznania. Pewne jest, że życie prywatne nie może zostać z biografii wyłączone. Akurat w przypadku Seehofera sprawa jest prosta. O ile wiem, nie ma jeszcze jego biografii, ale sprawa z nieślubnym dzieckiem z pewnością musiałaby się w niej znaleźć. Amerykanie mówią, że w życiu prywatnym można odczytać, czy politycy stosują się do głoszonych przez siebie poglądów. Tę opinię uważam za uzasadnioną tylko w ograniczonym stopniu, niemniej jednak do Seehofera się ona odnosi. Polityk, który chrześcijańskie wartości stawia na czele programu politycznego, a jednocześnie ma na boku kochankę i dziecko z nią, musi się liczyć z tym, że zostanie to użyte przeciwko niemu. Nawet jeśli nie jest to nadzwyczaj ważne kryterium w ocenie jego politycznego dorobku. To samo dotyczy polityków, którzy w inny sposób grają swoim życiem prywatnym. Willy Brandt prowadził swoją kampanię wyborczą w 1972 r. w stylu amerykańskim, pokazywał się w gronie rodzinnym, na spacerach, w czasie urlopu. Tymczasem wiadomo było, że ta rodzinna idylla jest tylko na pokaz. W ten sposób sam naraził się na to, że jego miłosne afery stały się do pewnego stopnia przedmiotem publicznego zainteresowania. Ale są też inne powody, dla których jego życie osobiste musi zainteresować biografa. Brandt miewał depresje, które rzutowały na jego styl pracy. Słynął z licznych miłosnych podbojów, będąc jednocześnie bardzo wrażliwym, wręcz wycofanym człowiekiem. To ciekawa i ważna cecha charakteru, której w biografii w żadnym razie nie można ukryć.
Czy można pisać biografie przyjaciół, nie ryzykując, że zdradzi się tę przyjaźń lub pamięć o niej?
- Żelazną zasadą powinno być, że pisze się biografie wyłącznie ludzi zmarłych. W ten sposób ten problem po części się rozwiązuje. Nadmierna zażyłość z bohaterem biografii z pewnością nie pomaga. Sposobem na zbliżenie do niego nie powinna być znajomość, lecz rozmowy z ludźmi, którzy dobrze go znali. W przypadku współczesnych bohaterów ci świadkowie są niezbędni. Biografie pisane np. wyłącznie na podstawie akt Stasi są płaskie, nie są w stanie wytłumaczyć motywacji i emocji towarzyszących opisywanym w nich decyzjom i wydarzeniom. Ja dobrze znałem Rudolfa Augsteina, o którym napisałem książkę, pracowałem u niego w "Spieglu" w latach 60. Znałem też Willy'ego Brandta, z którym wielokrotnie przeprowadzałem wywiady. Ale ani w jednym, ani w drugim przypadku nie należałem do wąskiego kręgu ich zauszników. Mogłem więc zachować dystans, który w pisaniu biografii jest bardzo ważny. Ten dystans powinien zawierać empatię, ale nic więcej. Tylko uwielbieniem i miłością dobrej biografii się nie napisze.
Oscar Wilde twierdził, że biografie pisze zawsze Judasz.
- Pisanie o błędach i słabościach bohaterów jest nieuniknione, nie da się tego pominąć. Także w przypadku osób, które się podziwia i szanuje. Ale ważne jest, by tych słabości nie stawiać w centrum opowieści. Chyba że jest to zbrodniarz czy dyktator. Mnie interesują jednak przede wszystkim - i jako autora, i jako czytelnika - biografie ludzi, którzy czegoś w swoim życiu dokonali, czymś się zasłużyli. I tego nie wolno autorowi tracić z oczu, to powinno być głównym tematem. Jeśli za wiele uwagi poświęca się ciemnym stronom, niszczy się postać, o której się pisze.
Trzy lata temu doszło do sporu między Günterem Grassem a jego biografem Michaelem Jürgsem, który napisał, że Grass dobrowolnie zgłosił się jako chłopak do jednostki SS, Grass twierdził, że został do niej wcielony. Gdy zagroził sądem, Jürgs wycofał to zdanie. Czy autorzy biografii powinni ulegać tego rodzaju naciskom ze strony swoich bohaterów, ich rodzin albo wydawców?
- Ten przypadek jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że nie należy pisać o żyjących. O ile wiem, do jednostek Waffen-SS nie można było zostać wcielonym wbrew swojej woli. Jürgs był już wcześniej wściekły na Grassa, bo ten mimo wielu rozmów nigdy nie wyjawił mu swojej tajemnicy i w pierwszych wydaniach książki ta informacja się nie znalazła. Jeśli ma się dowody i uważa się coś za istotne dla pełnego obrazu bohatera, nie można poddawać się żadnego rodzaju naciskom. Rodzina ma prawo wymusić korekty, tylko jeśli coś jest obiektywnie fałszywe. Istotna jest też rola wydawnictwa, które w razie potrzeby musi być gotowe do sporu prawnego.
Czy miał pan tego rodzaju problemy, pisząc o Willym Brandcie czy Rudolfie Augsteinie? W obu przypadkach nie brakowało drażliwych tematów.
- Przed publikacją ich rodziny nie otrzymały ode mnie do wglądu tekstu, ale po ukazaniu się książek nie zgłaszały się też z żadnymi pretensjami. Tylko raz zwrócono się do mnie z prośbą, by o jednej delikatnej sprawie w książce nie pisać - z powodów, które mnie przekonały. Mogę o tym mówić, bo dzisiaj sprawa jest już publicznie znana. Chodziło o sprawę Jakoba Augsteina, syna i spadkobiercy założyciela "Spiegla", dziś także znanego wydawcy. W rzeczywistości jego ojcem jest słynny pisarz Martin Walser, o czym Jakob dość późno dowiedział się od swojej matki. Podobno Rudolf Augstein, który zmarł w 2002 r., o tym wiedział. Mimo to traktował Jakoba jak swojego własnego syna, wprowadził w tajniki zarządzania firmą, zabierał na zgromadzenia wspólników. Kiedy rozmawiałem z Jakobem o biografii jego "przyszywanego" ojca, prosił mnie bym ten wątek przemilczał, bo sam chciał powiedzieć o nim swoim dzieciom. Zgodziłem się. W jednym tylko miejscu napisałem, że Rudolf Augstein najbardziej odnajdywał siebie w swojej córce Franzisce. To była moja taka ukryta wskazówka, że nie chcę całkowicie pomijać tego tematu.
*Peter Merseburger (ur. w 1928) - dziennikarz z wieloletnim stażem, m.in. w „Der Spiegel”, w latach 70. szef telewizji NDR, później korespondent telewizji ARD w Waszyngtonie, we wschodnim Berlinie i Londynie. Jego biografie Kurta Schumachera, Willy'ego Brandta i Rudolfa Augsteina były wielokrotnie nagradzane i uchodzą za klasykę gatunku.
Źródło: Gazeta Wyborcza