Czas odczarować mit Kresów
12.04.2010
, aktualizacja: 09.04.2010 19:10
Rośnie nam własny związek wypędzonych, choć tak bardzo boli nas działalność Eriki Steinbach w Niemczech
Każdy naród ma swoje mity. Część z nich jest pewnie całkiem niewinna. Niektóre z nich pozwalają przeżyć w momentach trudnych. Mit II RP jako niepodległego państwa, w którym nikt nie dyktował Polakom, jak trzeba żyć, orzeł nosił koronę, cukier kosztował złotówkę, a ułani jeździli na pięknych kasztankach, był odtrutką na szarą rzeczywistość PRL. Problem w tym, że zasłonił ciemne strony przedwojennej rzeczywistości. Mimo 20 lat III RP wciąż nie zniknął wyidealizowany obraz jej poprzedniczki.
W ekspresie relacji Warszawa - Gdańsk spotykam starszego pana. Widzi, że czytam książkę o Ukrainie. Od słowa do słowa zaczynamy rozmawiać o jego dzieciństwie. Opowiada o soczystych czereśniach w sadzie za domem, rodzicach, rodzeństwie, miasteczku na Kresach, w którym przeplatały się języki, narodowości i religie. - Wszyscy żyliśmy zgodnie, proszę pana - opowiada mój współpasażer. - My chodziliśmy na ich święta, oni na nasze. Nie było żadnej nienawiści. Oni mieli swoje szkoły, my swoje. My mieliśmy kościół, a oni cerkiew i synagogę. Aż wreszcie przyszła wojna i wszystko się skończyło.
Fałszywa Arkadia
Ileż razy słyszałem opowieści o takiej sielance. Nie tylko w odniesieniu do ziem zamieszkanych przez Ukraińców, także Białorusinów, Litwinów, Żydów.
Pan, z którym rozmawiałem, całkowicie przeszedł do porządku dziennego nad tym, że jego rodzice przyjechali na Wołyń jako koloniści. Państwo przyznało im ziemię, żeby nie trafiła ona w ręce pogardzanych przez sanację "prawosławnych". Osadnicy z głębi kraju - często weterani wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. - mieli polonizować tereny wschodnie. Podobnie jak na Wołyniu było na zamieszkanym przez Białorusinów Polesiu. Koloniści mieli zmieniać tam proporcje demograficzne na korzyść żywiołu polskiego, rzymskokatolickiego. Narzucać polskie wzorce kulturowe, językowe, polityczne, społeczne na nawet gospodarcze, bo uznawano je wówczas za lepsze, bardziej cywilizowane. Państwo miało być narodowe i jak najbardziej jednolite. Nic dziwnego, że miejscowi nie traktowali przybyszy z sympatią. Oczywiście, nie wszyscy Polacy mieszkający na dawnych Kresach byli przybyszami. Wielu jest związanych z tymi ziemiami od wieków. Ale pamięć o kolonistach, polonizacji, prowadzonej na siłę misji cywilizacyjnej jest słabo obecna w polskiej świadomości Kresów. Podobnie jak pamięć o konfliktach, polskich błędach, dyskryminacji mniejszości, które często na tamtych terenach stanowiły od wieków większość. Wypieramy to, co przykre, na rzecz pamięci o Kresach jako Arkadii. Chlubimy się, że nigdy nie byliśmy państwem kolonialnym. Ale czy sytuacja na Kresach nie przypomina w niektórych sytuacjach tego, co Francuzi robili w Algierii?
Jewhen Swerstiuk, pochodzący z Wołynia szef ukraińskiego Pen Clubu, opowiadał mi kiedyś, że nieraz jako chłopak dostał po twarzy od granatowego policjanta za to, że on i jego koledzy nosili na uczniowskiej czapce ukraińskie tryzuby. - Ale rewizji w domu polska policja nigdy nie zrobiła bez nakazu, tak samo jak nie zaaresztowała ojca - zaznacza Swerstiuk. - Próg domu był do wojny rzeczą świętą. Naruszanie tej granicy zaczęło się dopiero za Sowietów. Tak zapamiętałem 17 września. Zdziwionych sowieckich oficerów, że nie mówimy po rosyjsku, tylko po ukraińsku i przekonywanie nas, że nie jesteśmy żadnymi Ukraińcami tylko Rosjanami.
Podobnie dzieciństwo na polskich Kresach wspomina wielu Ukraińców czy Białorusinów. Były prezydent Ukrainy Leonid Krawczuk - także Wołyniak - mówił mi o biedzie, braku ziemi, strasznych warunkach, w których trzeba było chodzić do dworu za pracą. I dyskryminacji ze strony polskich zarządców majątków ziemskich wobec ludności prawosławnej.
Polsko-ukraiński konflikt z czasów II wojny światowej pamięta jako dziecko b. ukraiński wicepremier Mykoła Żułyński, który stracił w nim starszego brata. Daleko w tych opowieściach do wspominanej tak chętnie przez kresowiaków sielanki.
W polskiej historiografii i literaturze o Kresach brakuje wizji drugiej strony. Jeśli coś się mówi o błędach II RP wobec mniejszości, to raczej po cichu i w wydaniach niszowych. W większości poświęconych Kresom albumów, wspomnień, a nawet dodatków do gazet dominuje obraz heroiczny, często nostalgiczno-roszczeniowy. Zwrócił na to niegdyś uwagę prof. Stefan Kozak z Uniwersytetu Warszawskiego: „Dla badacza polsko-ukraińskiego pogranicza powyższe kwestie są niezwykle istotne i delikatnej natury. Na licznych polsko-ukraińskich konferencjach często można usłyszeć zastrzeżenia badaczy ukraińskich odnośnie do pojęcia »polskie kresy wschodnie « oraz zastrzeżenia na temat literatury kresowej. W ich percepcji, a także wielu polskich i zagranicznych badaczy, pojęcia te są nader emocjonalne i mają konotacje jednoznacznie negatywne. Kojarzą się one z takimi emocjonalnie obciążonymi określeniami, jak »idea jagiellońska «, »polska misja cywilizacyjna «, »kraina dziczy, zgliszcz i mogił «. Jednym słowem kojarzą się z nawrotami do szlacheckiej przeszłości Polski ubarwionej przez polską historiografię polityczną i literaturę kresową”.
Co zostało po Giedroyciu
To nie przypadek, że najgłośniejszym demistyfikatorem polskiego mitu Kresów jest francuski historyk prof. Daniel Beauvois. I nie znalazł on naśladowców wśród polskich kolegów. Mimo 20 lat wolności prowadzenia badań naukowych wśród monografii Kresów wciąż dominuje w nich nurt nostalgiczno-heroiczno-mitotwórczy. Odważne i próbujące spojrzeć obustronnie np. na historię polsko-ukraińską prace Grzegorza Motyki są raczej wyjątkiem. I podobnie jest w odniesieniu do stosunków polsko-litewskich czy polsko-białoruskich.
Im więcej mija czasu od śmierci twórcy "Kultury" paryskiej Jerzego Giedroycia, tym bardziej widać, ile osób przyjęło jego idee powierzchownie, bo taka była moda. "Kultura" konsekwentnie wskazywała, jak wyzwolić się z mitu Kresów i wyleczyć z polonocentrycznego spojrzenia na sąsiadów ze Wschodu, ich historię, kulturę, tożsamość, język. Dziś, kiedy się widzi, co się w Polsce wydaje, w jakim kierunku pracuje IPN, jak popularne media podejmują tematykę kresową i wschodnią, można odnieść wrażenie, że myślenie Giedroycia poniosło klęskę albo w każdym razie zostało mocno zmarginalizowane. A bez Giedroycia nie zbuduje się dobrych stosunków z Litwą, Białorusią, Ukrainą, a także z Rosją
Swoistym antygiedroyciem stał się od jakiegoś czasu w Polsce nieformalny duszpasterz środowisk kresowych ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. "Bij Żyda! Rżnij Lacha! Takie okrzyki rozlegają się na ulicach Lwowa" - to próbka jego języka. "Polacy na Ukrainie poddawani są straszliwej presji banderowców. Nie można poświęcić ich na pastwę banderowszczyzny rozwijającej się w Galicji wschodniej i na Wołyniu". Te słowa brzmią jak sygnał, by wsiadać na koń i walczyć z antypolskością na Kresach.
Jesienią ks. Isakowicz wraz ze swymi zwolennikami próbował zakłócić krakowską konferencję naukową poświęconą przedwojennemu metropolicie Lwowa, greckokatolickiemu arcybiskupowi Andrijowi Szeptyckiemu. Po raz pierwszy w ponadstuletniej historii Polskiej Akademii Umiejętności w jej nobliwej siedzibie interweniowała policja, bo uczeni i duchowni - wśród nich także biskupi - nie mogli prowadzić obrad.
W sierpniu ks. Isakowicz protestował przeciwko rajdowi rowerowemu im. Stefana Bandery zorganizowanemu przez podejrzaną fundację z Włodzimierza Wołyńskiego. A kilka tygodni wcześniej pikietował przed KUL w Lublinie przeciwko przyznaniu przez tę uczelnię doktoratu honoris causa dla prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki.
Zgadzam się, że niedawne uhonorowanie lidera ukraińskich nacjonalistów z lat 30. i 40. Stepana Bandery przez Juszczenkę jest problemem w stosunkach polsko-ukraińskich, a jeszcze bardziej dla samej Ukrainy. Ale można występować przeciwko temu w zupełnie inny sposób niż robi to ks. Isakowicz i jego zwolennicy. Kulturalny, życzliwy, bez agresji i niesprawiedliwych uogólnień, próbujący zrozumieć, a przynajmniej poznać, racje drugiej strony. Natomiast język części polskich kresowiaków wpisuje się w wyższościowy, nienawistny ton wobec mniejszości z lat 30. poprzedniego wieku. Łatwo podchwytują go tabloidy i media publiczne, przede wszystkim TVP 3, które z dziwnych powodów upodobało sobie ks. Isakowicza jako głównego komentatora spraw ukraińskich.
Czego wymagamy od Niemców...
To pokazuje, jak łatwo z pozoru niewinny mit Kresów może uruchomić lawinę agresji, oskarżeń, nienawiści. Ks. Isakowicz wyraża swoje antyukraińskie żale w sposób skrajny, nieżyczliwy, w dodatku przeważnie oparty na kłamstwie lub manipulacji. - Ten język można uznać za mowę nienawiści - mówił w zeszłym roku podczas seminarium o stosunkach polsko-ukraińskich Tadeusz A. Olszański, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich.
We Lwowie nikt nie wzywa do bicia Polaków czy Żydów. Tamtejsi Polacy nie są poddani żadnej "banderowskiej presji". Ks. Isakowicz używa wobec Ukrainy stereotypów i kalek rodem z najczarniejszych lat PRL.
Podobnie - choć może nie tak dramatycznie źle - jest ze zrozumieniem pewnych zachowań Litwinów czy Białorusinów. Nie czytałem w Polsce komentarzy próbujących wytłumaczyć, dlaczego władze Litwy nie chcą się zgodzić na pisownię polskich nazwisk w paszportach. Nikt nie mówi przy tej okazji o bolesnym dziedzictwie naszych stosunków, przede wszystkim w latach 20. i 30. minionego wieku, które widać wciąż jest żywe. Większość polskich głosów wychodzi z założenia, że nam się to należy i koniec. Żeby było jasne: ja też uważam, że nic by się nie stało, gdyby Polacy mogli pisać na Litwie swoje nazwiska jak chcą, ale staram się zrozumieć argumenty i wrażliwość drugiej.
Podobnie z Białorusią. Oburzamy się, że tamtejsza telewizja ma czasami zwyczaj pokazywać dokumentalne lub nawet fabularyzowane paszkwile na działalność AK na dawnych Kresach. Jest to antypolska propaganda używana przez władze w Mińsku do bardzo doraźnych celów, by obrzydzić Białorusinom Polskę i Zachód w ogóle. Ale zarazem brakuje u nas refleksji, że na tamtych terenach doszło w kilku przypadkach do masakr białoruskich wsi, które polskiemu podziemiu chluby nie przynoszą. Warto by poznać więcej szczegółów na ten temat.
Paradoks braku wrażliwości wobec sąsiadów ze Wschodu, ich wizji historii, tak łatwego narzucania na nasze stosunki mitu polskich Kresów polega na tym, że oczekujemy od Niemców zrozumienia naszej wizji historii i wzajemnych stosunków. Jesteśmy wręcz przewrażliwieni na to, jak naszą historię przedstawiają Żydzi, Rosjanie, Brytyjczycy, Francuzi, Amerykanie. Czy czasem w tamtejszej prasie nie ukaże się wzmianka o "polskich obozach koncentracyjnych". A zarazem nie mamy wrażliwości na to, jak my myślimy o naszych sąsiadach. Brakuje dziś takich tekstów jak przez kilka dziesięcioleci w "Kulturze". Brakuje człowieka o takiej wizji politycznej i ludzkiej jaką miał Giedroyc.
W latach 90. empatia wobec naszych sąsiadów wschodnich była podstawą i mocną stroną polskiej polityki. Dziś politycy stosunkowo najmniej ulegają rozmaitym fobiom. Ale wyręczają ich w tym media, organizacje społeczne, postacie takie jak ks. Isakowicz. Pal licho, gdyby był on sam, wydawał niszowe pisemka, prowadził bloga w internecie i publikował raz w tygodniu felieton w marginalnej "Gazecie Polskiej". Ale bywają momenty, że lansują go największe media w kraju. Co prawda po cichu, ale przyjmuje u siebie prezydent Lech Kaczyński, który ze względu na kampanię wyborczą usiłuje znów przypodobać się Kresowiakom. Przymykając na to oczy i pielęgnując pozornie niewinny "mit polskich Kresów", być może bezwiednie hodujemy własny związek wypędzonych, który kiedyś może napsuć tyle samo krwi w stosunkach z naszymi sąsiadami na Wschodzie, co Erika Steinbach z Niemcami.
Warto jeszcze raz sięgnąć do prac prof. Daniela Beauvois i poważnie pójść jego tropem. Nie wierzę, że żaden z polskich badaczy nie jest w stanie napisać krytycznej i wielostronnej monografii Kresów.
W ekspresie relacji Warszawa - Gdańsk spotykam starszego pana. Widzi, że czytam książkę o Ukrainie. Od słowa do słowa zaczynamy rozmawiać o jego dzieciństwie. Opowiada o soczystych czereśniach w sadzie za domem, rodzicach, rodzeństwie, miasteczku na Kresach, w którym przeplatały się języki, narodowości i religie. - Wszyscy żyliśmy zgodnie, proszę pana - opowiada mój współpasażer. - My chodziliśmy na ich święta, oni na nasze. Nie było żadnej nienawiści. Oni mieli swoje szkoły, my swoje. My mieliśmy kościół, a oni cerkiew i synagogę. Aż wreszcie przyszła wojna i wszystko się skończyło.
Fałszywa Arkadia
Ileż razy słyszałem opowieści o takiej sielance. Nie tylko w odniesieniu do ziem zamieszkanych przez Ukraińców, także Białorusinów, Litwinów, Żydów.
Pan, z którym rozmawiałem, całkowicie przeszedł do porządku dziennego nad tym, że jego rodzice przyjechali na Wołyń jako koloniści. Państwo przyznało im ziemię, żeby nie trafiła ona w ręce pogardzanych przez sanację "prawosławnych". Osadnicy z głębi kraju - często weterani wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. - mieli polonizować tereny wschodnie. Podobnie jak na Wołyniu było na zamieszkanym przez Białorusinów Polesiu. Koloniści mieli zmieniać tam proporcje demograficzne na korzyść żywiołu polskiego, rzymskokatolickiego. Narzucać polskie wzorce kulturowe, językowe, polityczne, społeczne na nawet gospodarcze, bo uznawano je wówczas za lepsze, bardziej cywilizowane. Państwo miało być narodowe i jak najbardziej jednolite. Nic dziwnego, że miejscowi nie traktowali przybyszy z sympatią. Oczywiście, nie wszyscy Polacy mieszkający na dawnych Kresach byli przybyszami. Wielu jest związanych z tymi ziemiami od wieków. Ale pamięć o kolonistach, polonizacji, prowadzonej na siłę misji cywilizacyjnej jest słabo obecna w polskiej świadomości Kresów. Podobnie jak pamięć o konfliktach, polskich błędach, dyskryminacji mniejszości, które często na tamtych terenach stanowiły od wieków większość. Wypieramy to, co przykre, na rzecz pamięci o Kresach jako Arkadii. Chlubimy się, że nigdy nie byliśmy państwem kolonialnym. Ale czy sytuacja na Kresach nie przypomina w niektórych sytuacjach tego, co Francuzi robili w Algierii?
Jewhen Swerstiuk, pochodzący z Wołynia szef ukraińskiego Pen Clubu, opowiadał mi kiedyś, że nieraz jako chłopak dostał po twarzy od granatowego policjanta za to, że on i jego koledzy nosili na uczniowskiej czapce ukraińskie tryzuby. - Ale rewizji w domu polska policja nigdy nie zrobiła bez nakazu, tak samo jak nie zaaresztowała ojca - zaznacza Swerstiuk. - Próg domu był do wojny rzeczą świętą. Naruszanie tej granicy zaczęło się dopiero za Sowietów. Tak zapamiętałem 17 września. Zdziwionych sowieckich oficerów, że nie mówimy po rosyjsku, tylko po ukraińsku i przekonywanie nas, że nie jesteśmy żadnymi Ukraińcami tylko Rosjanami.
Podobnie dzieciństwo na polskich Kresach wspomina wielu Ukraińców czy Białorusinów. Były prezydent Ukrainy Leonid Krawczuk - także Wołyniak - mówił mi o biedzie, braku ziemi, strasznych warunkach, w których trzeba było chodzić do dworu za pracą. I dyskryminacji ze strony polskich zarządców majątków ziemskich wobec ludności prawosławnej.
Polsko-ukraiński konflikt z czasów II wojny światowej pamięta jako dziecko b. ukraiński wicepremier Mykoła Żułyński, który stracił w nim starszego brata. Daleko w tych opowieściach do wspominanej tak chętnie przez kresowiaków sielanki.
W polskiej historiografii i literaturze o Kresach brakuje wizji drugiej strony. Jeśli coś się mówi o błędach II RP wobec mniejszości, to raczej po cichu i w wydaniach niszowych. W większości poświęconych Kresom albumów, wspomnień, a nawet dodatków do gazet dominuje obraz heroiczny, często nostalgiczno-roszczeniowy. Zwrócił na to niegdyś uwagę prof. Stefan Kozak z Uniwersytetu Warszawskiego: „Dla badacza polsko-ukraińskiego pogranicza powyższe kwestie są niezwykle istotne i delikatnej natury. Na licznych polsko-ukraińskich konferencjach często można usłyszeć zastrzeżenia badaczy ukraińskich odnośnie do pojęcia »polskie kresy wschodnie « oraz zastrzeżenia na temat literatury kresowej. W ich percepcji, a także wielu polskich i zagranicznych badaczy, pojęcia te są nader emocjonalne i mają konotacje jednoznacznie negatywne. Kojarzą się one z takimi emocjonalnie obciążonymi określeniami, jak »idea jagiellońska «, »polska misja cywilizacyjna «, »kraina dziczy, zgliszcz i mogił «. Jednym słowem kojarzą się z nawrotami do szlacheckiej przeszłości Polski ubarwionej przez polską historiografię polityczną i literaturę kresową”.
Co zostało po Giedroyciu
To nie przypadek, że najgłośniejszym demistyfikatorem polskiego mitu Kresów jest francuski historyk prof. Daniel Beauvois. I nie znalazł on naśladowców wśród polskich kolegów. Mimo 20 lat wolności prowadzenia badań naukowych wśród monografii Kresów wciąż dominuje w nich nurt nostalgiczno-heroiczno-mitotwórczy. Odważne i próbujące spojrzeć obustronnie np. na historię polsko-ukraińską prace Grzegorza Motyki są raczej wyjątkiem. I podobnie jest w odniesieniu do stosunków polsko-litewskich czy polsko-białoruskich.
Im więcej mija czasu od śmierci twórcy "Kultury" paryskiej Jerzego Giedroycia, tym bardziej widać, ile osób przyjęło jego idee powierzchownie, bo taka była moda. "Kultura" konsekwentnie wskazywała, jak wyzwolić się z mitu Kresów i wyleczyć z polonocentrycznego spojrzenia na sąsiadów ze Wschodu, ich historię, kulturę, tożsamość, język. Dziś, kiedy się widzi, co się w Polsce wydaje, w jakim kierunku pracuje IPN, jak popularne media podejmują tematykę kresową i wschodnią, można odnieść wrażenie, że myślenie Giedroycia poniosło klęskę albo w każdym razie zostało mocno zmarginalizowane. A bez Giedroycia nie zbuduje się dobrych stosunków z Litwą, Białorusią, Ukrainą, a także z Rosją
Swoistym antygiedroyciem stał się od jakiegoś czasu w Polsce nieformalny duszpasterz środowisk kresowych ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. "Bij Żyda! Rżnij Lacha! Takie okrzyki rozlegają się na ulicach Lwowa" - to próbka jego języka. "Polacy na Ukrainie poddawani są straszliwej presji banderowców. Nie można poświęcić ich na pastwę banderowszczyzny rozwijającej się w Galicji wschodniej i na Wołyniu". Te słowa brzmią jak sygnał, by wsiadać na koń i walczyć z antypolskością na Kresach.
Jesienią ks. Isakowicz wraz ze swymi zwolennikami próbował zakłócić krakowską konferencję naukową poświęconą przedwojennemu metropolicie Lwowa, greckokatolickiemu arcybiskupowi Andrijowi Szeptyckiemu. Po raz pierwszy w ponadstuletniej historii Polskiej Akademii Umiejętności w jej nobliwej siedzibie interweniowała policja, bo uczeni i duchowni - wśród nich także biskupi - nie mogli prowadzić obrad.
W sierpniu ks. Isakowicz protestował przeciwko rajdowi rowerowemu im. Stefana Bandery zorganizowanemu przez podejrzaną fundację z Włodzimierza Wołyńskiego. A kilka tygodni wcześniej pikietował przed KUL w Lublinie przeciwko przyznaniu przez tę uczelnię doktoratu honoris causa dla prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki.
Zgadzam się, że niedawne uhonorowanie lidera ukraińskich nacjonalistów z lat 30. i 40. Stepana Bandery przez Juszczenkę jest problemem w stosunkach polsko-ukraińskich, a jeszcze bardziej dla samej Ukrainy. Ale można występować przeciwko temu w zupełnie inny sposób niż robi to ks. Isakowicz i jego zwolennicy. Kulturalny, życzliwy, bez agresji i niesprawiedliwych uogólnień, próbujący zrozumieć, a przynajmniej poznać, racje drugiej strony. Natomiast język części polskich kresowiaków wpisuje się w wyższościowy, nienawistny ton wobec mniejszości z lat 30. poprzedniego wieku. Łatwo podchwytują go tabloidy i media publiczne, przede wszystkim TVP 3, które z dziwnych powodów upodobało sobie ks. Isakowicza jako głównego komentatora spraw ukraińskich.
Czego wymagamy od Niemców...
To pokazuje, jak łatwo z pozoru niewinny mit Kresów może uruchomić lawinę agresji, oskarżeń, nienawiści. Ks. Isakowicz wyraża swoje antyukraińskie żale w sposób skrajny, nieżyczliwy, w dodatku przeważnie oparty na kłamstwie lub manipulacji. - Ten język można uznać za mowę nienawiści - mówił w zeszłym roku podczas seminarium o stosunkach polsko-ukraińskich Tadeusz A. Olszański, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich.
We Lwowie nikt nie wzywa do bicia Polaków czy Żydów. Tamtejsi Polacy nie są poddani żadnej "banderowskiej presji". Ks. Isakowicz używa wobec Ukrainy stereotypów i kalek rodem z najczarniejszych lat PRL.
Podobnie - choć może nie tak dramatycznie źle - jest ze zrozumieniem pewnych zachowań Litwinów czy Białorusinów. Nie czytałem w Polsce komentarzy próbujących wytłumaczyć, dlaczego władze Litwy nie chcą się zgodzić na pisownię polskich nazwisk w paszportach. Nikt nie mówi przy tej okazji o bolesnym dziedzictwie naszych stosunków, przede wszystkim w latach 20. i 30. minionego wieku, które widać wciąż jest żywe. Większość polskich głosów wychodzi z założenia, że nam się to należy i koniec. Żeby było jasne: ja też uważam, że nic by się nie stało, gdyby Polacy mogli pisać na Litwie swoje nazwiska jak chcą, ale staram się zrozumieć argumenty i wrażliwość drugiej.
Podobnie z Białorusią. Oburzamy się, że tamtejsza telewizja ma czasami zwyczaj pokazywać dokumentalne lub nawet fabularyzowane paszkwile na działalność AK na dawnych Kresach. Jest to antypolska propaganda używana przez władze w Mińsku do bardzo doraźnych celów, by obrzydzić Białorusinom Polskę i Zachód w ogóle. Ale zarazem brakuje u nas refleksji, że na tamtych terenach doszło w kilku przypadkach do masakr białoruskich wsi, które polskiemu podziemiu chluby nie przynoszą. Warto by poznać więcej szczegółów na ten temat.
Paradoks braku wrażliwości wobec sąsiadów ze Wschodu, ich wizji historii, tak łatwego narzucania na nasze stosunki mitu polskich Kresów polega na tym, że oczekujemy od Niemców zrozumienia naszej wizji historii i wzajemnych stosunków. Jesteśmy wręcz przewrażliwieni na to, jak naszą historię przedstawiają Żydzi, Rosjanie, Brytyjczycy, Francuzi, Amerykanie. Czy czasem w tamtejszej prasie nie ukaże się wzmianka o "polskich obozach koncentracyjnych". A zarazem nie mamy wrażliwości na to, jak my myślimy o naszych sąsiadach. Brakuje dziś takich tekstów jak przez kilka dziesięcioleci w "Kulturze". Brakuje człowieka o takiej wizji politycznej i ludzkiej jaką miał Giedroyc.
W latach 90. empatia wobec naszych sąsiadów wschodnich była podstawą i mocną stroną polskiej polityki. Dziś politycy stosunkowo najmniej ulegają rozmaitym fobiom. Ale wyręczają ich w tym media, organizacje społeczne, postacie takie jak ks. Isakowicz. Pal licho, gdyby był on sam, wydawał niszowe pisemka, prowadził bloga w internecie i publikował raz w tygodniu felieton w marginalnej "Gazecie Polskiej". Ale bywają momenty, że lansują go największe media w kraju. Co prawda po cichu, ale przyjmuje u siebie prezydent Lech Kaczyński, który ze względu na kampanię wyborczą usiłuje znów przypodobać się Kresowiakom. Przymykając na to oczy i pielęgnując pozornie niewinny "mit polskich Kresów", być może bezwiednie hodujemy własny związek wypędzonych, który kiedyś może napsuć tyle samo krwi w stosunkach z naszymi sąsiadami na Wschodzie, co Erika Steinbach z Niemcami.
Warto jeszcze raz sięgnąć do prac prof. Daniela Beauvois i poważnie pójść jego tropem. Nie wierzę, że żaden z polskich badaczy nie jest w stanie napisać krytycznej i wielostronnej monografii Kresów.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

















