Trafić na Litwę akurat w dzień debaty sejmowej nie było łatwo. Wizyta prezydenta trwać miała tylko kilka godzin. Gdyby prezydent wyleciał te dwie godziny później, mógłby posłuchać choć ministra Sikorskiego. I najważniejszych wystąpień klubowych, w tym
PiS.
Więcej - trafić z nieobecnością akurat w debatę było w tym roku wyjątkowo trudno. Współrzędne zmieniały się jak w maszynie do losowania Lotto. Debatę przesuwano, a to z powodu chorej nogi ministra, a to dlatego, że kolidowała z wystąpieniem premiera. Do tego wczorajsza wizyta na Litwie wynikła niespodziewanie. W marcu prezydent musiał przerwać swój pobyt w Wilnie, bo zachorowała jego matka. Teraz więc ta marcowa przerwana wizyta została dokończona. I mimo tego udało się tak wszystko zgrać, że prezydenta w Sejmie nie było.
Właściwie można się było tego spodziewać. Współdziałanie prezydenta i ministra w sprawie polityki zagranicznej, od zawsze rachityczne, do wyborów musi zamrzeć. Naprzód
Jarosław Kaczyński sugerował, że na Sikorskiego są haki. Prezydent się od tego nie odciął. Minister Sikorski dał szybki odpór: wypowiedział się na temat małości prezydenta i zaczął skandować "Były prezydent Lech Kaczyński". W prawyborach partyjnych mu to nie pomogło, a państwu zaszkodziło.
I minister, i prezydent mają umiejętność zapamiętywania krzywd. No to noga prezydenta Kaczyńskiego nie stanie koło nogi ministra Sikorskiego. I do końca kadencji gdy jeden będzie w Sejmie, to drugi w Pernambuko.