http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Albo odejdziesz, albo cię wyrzucimy

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska, Dariusz Brzostek
2010-04-08, ostatnia aktualizacja 2010-04-07 19:59

Fot. Kamil Gozdan / AG

Przewozy Regionalne, największy pasażerski przewoźnik kolejowy w Polsce, zwalnia kolejarzy. Ze spółki-matki i 15 spółek-córek miało odejść do końca marca 700 osób. - Zwalniają nas szantażem i groźbą - mówią kolejarze ze Śląska

Wywalczony przez związki zawodowe "Program monitorowanych zwolnień" miał zachęcić i chronić odchodzących pracowników. - Każdy, kto od stycznia do końca marca podjął decyzję o odejściu, otrzyma 15 tys. zł plus równowartość sześciu pensji. Niektórzy mają szanse nawet na 30 tys. zł - mówi Piotr Olszewski, rzecznik prasowy spółki-matki. - Monitorowane zwolnienia w Przewozach Regionalnych przewidują też szkolenia dla odchodzących i fachową pomoc w znalezieniu pracy. To dla pracowników korzystne rozwiązanie.

Byli i obecni pracownicy Śląskiego Zakładu Przewozów Regionalnych skarżą się na to, w jaki sposób zachęcano ich do odejścia. - Robiono to kijem i marchewką. Szantażem i zachętą finansową - opowiadają.

Zwolnienia zaczęły się w listopadzie 2008 r. Początkowo katowickich kolejarzy zwalniano tak, by spółka nie ponosiła żadnych kosztów. Nazywało się to "fluktuacją pracowników". Rozwiązywano umowy z 29 osobami. Gdyby zwolniono 30 - zgodnie z kodeksem pracy - byłyby to zwolnienia grupowe. A wtedy trzeba płacić odszkodowania.



Rozmowy w gabinecie

Związki zawodowe stanęły w obronie pracowników. W grudniu zorganizowały strajk głodowy w centrali w Warszawie. Udało się wywalczyć "Program monitorowanych zwolnień". - Ale nie o zwolnienia chodzi, choć to dla ludzi tragedia - mówi kolejarz odchodzący ze śląskiego zakładu. I opowiada: - Wszystko zaczęło się na przełomie września i października. Dyrektorem Śląskiego Zakładu Przewozów Regionalnych został Przemysław Gardoń. Mówił jedynie zwolnieniach. Na pierwszych zebraniach usłyszeliśmy, że jesteśmy za starzy, zasiedziali i nic nie umiemy [nasz rozmówca jest po pięćdziesiątce]. Pan dyrektor jest ode mnie młodszy prawie 20 lat.

8 marca na coponiedziałkowym spotkaniu (brali w nim udział: naczelnicy działów, rzecznik prasowy i asystentka dyrektora) Gardoń powiedział wprost: Wskazani pracownicy mają odejść "na zachętę", a jeśli nie, to i tak w kwietniu ich zwolni, bez pieniędzy. Zapewniał, że na miejsce każdego z nas ma dwójkę chętnych młodych, dyspozycyjnych i niemyślących "po kolejarsku".

Potem zaczęły się rozmowy indywidualne. Jeszcze 8 marca rozmowę z dyrektorem miała naczelnik kadr. Do zwolnienia. Chyba że odejdzie "na zachętę". Odchodzi, choć brakuje jej około roku do wieku emerytalnego. 9 marca do dyrektora wchodzi naczelnik działu administracyjno-gospodarczego. Jest młoda, więc zostanie gdzieś przeniesiona.

10 marca kolejny naczelnik, tym razem działu gospodarki materiałowej i zaopatrzenia. Z nim dyrektor również nie widzi możliwości współpracy. Naczelnik odmawia odejścia. Po rozmowie zasłabł. Karetka na sygnale odwozi go do szpitala. Do dziś jest na zwolnieniu lekarskim. Na serce.

Po jakimś czasie kolejna rozmowa i kolejna karetka. Tym razem pomocy lekarskiej potrzebuje zwolniona z działu finansowego.

- Dyrektor traktuje nas nie jak ludzi. Nie zachęca, tylko wymusza. Straszy. A ja się bronię przed zwolnieniem, bo kto przyjmie pracownika po pięćdziesiątce? Jak dożyję do emerytury? - opowiada jeden z pracowników.



Dyrektor: Nikogo nie zmuszałem

Do początku marca zdecydowało się odejść ok. 180 osób. - Ale to za mało, dyrekcja chce jeszcze stu osób - dodaje nasz rozmówca. Dyrektor chce, by odeszło ok. 250 osób na 2,5 tys. pracujących w Śląskim Zakładzie Przewozów Regionalnych.

- Odeszłam ze strachu. Nie chciałam trafić do szpitala jak koledzy - mówi zwolniona 50-latka. - Na chleb przez kilka miesięcy będę miała i w spokoju poszukam pracy.

22 marca druga tura zwolnień. - W firmie wszyscy rozmawiali o kadrowej. Wytypowała dla dyrektora osoby do zwolnienia, a na końcu on podziękował jej za pracę. Dziś w spółce jest już inny kadrowiec, z byłej firmy pana dyrektora. Jest też nowy informatyk - dodaje kobieta.

Dyrektor ŚZPR Przemysław Gardoń stanowczo zaprzecza, że straszył pracowników, którym proponował odejście. Obiecuje, że prześle faksem wnioski osób, z którymi rozmawiał. Odchodzą na własną prośbę. Tak jak naczelniczka kadr. - To nie ja wnioskowałem o jej odejście. Pani naczelnik sama wnioskowała o rozwiązanie umowy i wypłacenie zachęty - zapewnia szef śląskiego zakładu. - A jeśli chodzi o straszenie i przymuszanie, to śmieszą mnie tak absurdalne opinie. To są pogłoski rozsiewane przez kilku związkowców z "Solidarności". Niczego takiego nie mówiłem ani na spotkaniach z naczelnikami, ani podczas indywidualnych rozmów z pracownikami. Wręcz przeciwnie - wyjaśnia dalej.- Pracownicy mieli możliwość składać wniosek o rozwiązanie umowy.

- Wszyscy? - Nie. Do ponad połowy sam wystosowałem pismo z ofertą odejścia za finansową zachętą - odpowiada Gardoń. Dyrektor zapewnia, że pracownicy mieli pięć dni, by zgłosić sprzeciw. - A jeżeli ktoś, kto stracił stanowisko pracy i nie wyraził chęci odejścia, to musi się liczyć z tym, że jeżeli nie będzie możliwości przesunięcia na inne, to może zostać wysłany na "nieświadczenie pracy" lub zostać rozwiązana z nim umowa o pracę. Podam przykład: Jak gdzieś w województwie została zamknięta kasa, a pracowało tam pięć osób, to trudno będzie znaleźć pięć wolnych etatów w okolicy i rozwiązaniem jest właśnie odejście w ramach programu. - Ilu tych starszych pracowników będzie musiało odejść? - pytamy. - Kryteria były zupełnie inne. Wykształcenie, kompetencje. Przy wyborze pracowników nie miałem wykazu osób z datą urodzenia - twierdzi dyrektor.



Inspekcja sprawdza, czy był mobbing

31 marca na liście osób, z którymi będą rozwiązane umowy o pracę, było 226 pracowników. - W Śląskim Zakładzie Przewozów Regionalnych trwa kontrola Okręgowej Inspekcji Pracy - mówi Michał Olesiak z OIP w Katowicach. - Chodzi o skargi na łamanie prawa pracy.

- Rozmawialiśmy z przedstawicielami inspekcji. Chodziło o mobbing stosowany przez dyrektora - mówi członek związku zawodowego. - Inspektorzy wśród pracowników rozprowadzili ankietę dotyczącą mobbingu. W połowie miesiąca powinien być wynik kontroli. Sądzę, że potwierdzą się nasze zarzuty. W związku mamy oświadczenia pracowników, że stosowano wobec nich praktyki mobbingowe.

- A dlaczego pan, jako prawnie chroniony przez zwolnieniem związkowiec, prosi o anonimowość? - pytamy.

- Boję się, że kierownictwo nie cofnie się przed złamaniem ustawy o związkach zawodowych. A wypowiedzenie mi pracy, choć naruszające prawo, będzie skuteczne. Potem racji można dochodzić w sądzie. Trwa to miesiącami, a dzieci chcą jeść. Nie tylko ja jestem zastraszony. Wszyscy jesteśmy.



Zwolnienia za długi

Przewozy Regionalne i jej spółki-córki wyszły z Grupy PKP w 2008 r. i stały się spółkami samorządów wojewódzkich.

Według wyliczeń PKP SA, Przewozy Regionalne zalegały im ok. 56 mln zł za korzystanie z torów. Jak twierdzą szefowie Przewozów, restrukturyzacja i zwolnienia są konieczne.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':