Peja nie stawił się wczoraj w sądzie. W przeddzień grał koncert w Katowicach. Wyrok usłyszał z telewizji. Sąd uznał Ryszarda Andrzejewskiego "Peję" za winnego podżegania do pobicia (grozi za to do trzech lat więzienia). Wymierzył mu karę grzywny 6 tys. zł, nawiązkę na Ośrodek Integracji Społecznej (3 tys. zł) oraz koszty sądowe i opłaty za prawnika pokrzywdzonego (ok. 2,2 tys. zł). Oprócz tego Peja musi zapłacić pobitemu 16-latkowi 5 tys. zł.
Peja występował w Zielonej Górze we wrześniu 2009 r. Rapera słuchał 3-tys. tłum. Pod koniec Peja przerwał piosenkę. Zobaczył, że jeden z nastolatków pokazuje mu obraźliwy gest (środkowy palec). Zaczął krzyczeć: "Ty, k..., pedale, jak ja rapowałem, ty dziwko, to ty nie wiedziałeś, k..., jak się masz wysrać, k...". Potem rzucił do tłumu: "Wiecie, co robić, wiecie, co z nim zrobić? Rozjebać w ch... Wszystko na mój koszt!". Kilkunastu mężczyzn rzuciło się, jak się okazało, na niewinnego chłopaka, 16-letniego Marcina z Żagania.
Prokuratura postawiła raperowi zarzut podżegania do pobicia. Na pierwszej rozprawie przyznał się i przepraszał.
Lech Kochaniak, oskarżyciel posiłkowy pobitego chłopaka, domagał się kary pozbawienia wolności w zawieszeniu oraz czasowego zakazu koncertów. Prokurator wnioskował jedynie o karę finansową. Sędzia się zgodziła. - Kara finansowa będzie najdotkliwsza dla oskarżonego. Bardziej niż pozbawienie wolności z warunkowym zawieszeniem. By niemalże po wydaniu wyroku odczuł to, zapłacił koszty. A ma takie możliwości - tłumaczyła wczoraj Monika Wilczyńska, sędzia Sądu Rejonowego w Zielonej Górze.
Peja zeznał, że zarabia miesięcznie ok. 5 tys. zł netto. Od stycznia nie otrzymuje żadnych wpływów, bo nie grał koncertów. Na dowód, że nie opływa w dostatki, mówił, że jeździ wysłużonym mitsubishi carismą.
Nie wiadomo, czy oskarżyciel będzie się odwoływał. Apelacji nie złoży Zbigniew Krüger, obrońca Andrzejewskiego. - Mój klient przeprosił, teraz zapłaci zadośćuczynienie. Całość poniesionych kosztów jest spora, więc na pewno będzie to dla niego nauczką - komentuje.
Źródło: Gazeta Wyborcza