Szczególnym okrucieństwem wykazali się zabójcy, którzy w przebraniach irackich żołnierzy w sobotę pojawili się w małej wiosce na przedmieściach Bagdadu. Po kolei wyciągali z domów wszystkich mieszkańców, wiązali ich, po czym zabijali strzałem w tył głowy.
Zginęło 25 osób, w tym pięć kobiet. Zginęły, bo ich mężowie i krewni byli członkami sunnickiej, stworzonej przez Amerykanów, milicji plemiennej Synowie Iraku, która pomaga walczyć z sunnickimi rebeliantami. Odkąd Synowie Iraku przeszli na wikt irackiego rządu, zmniejszono im trzykrotnie pensje (z 300 do 100 dol. miesięcznie) i przestali być chronieni jak dawniej.
Z kolei w niedzielę w trzech zamachach bombowych w Bagdadzie zginęło 41 osób, a ponad 200 zostało rannych. Tym razem celem były ambasady Niemiec, Egiptu i Iranu. Wśród zabitych jest kilku irackich pracowników niemieckiej placówki.
Iracki rząd jak zwykle w takich przypadkach był krytykowany za nieudolność wojska i policji, ale bronił się, że tak mała liczba ofiar jest w gruncie rzeczy jego sukcesem, bowiem celem zamachowców było przedarcie się do środka ambasad, co im się nie udało.
O wszystkie te zamachy, jak też mniejsze w poprzednim tygodniu, obwiniana jest iracka Al-Kaida i inne sunnickie grupy rebelianckie. Po wyborach parlamentarnych 7 marca wróciło napięcie między głównymi grupami wyznaniowymi w Iraku: sunnitami i szyitami, którzy od setek lat kłócą się o to, kto lepiej zrozumiał przesłanie proroka Mahometa. W latach 2006-07 wyżynali się oni wzajemnie w tempie kilku tysięcy zabitych miesięcznie.
Ponieważ szyici, prześladowani za dyktatury sunnity Saddama Husajna, stanowią w Iraku większość, powinni wygrywać każde wybory. Tym razem jednak wynik nie jest tak oczywisty: najwięcej, bo 91 miejsc w 325-osobowym parlamencie, zdobyło ugrupowanie byłego premiera Ijada Alawiego, wprawdzie szyity, ale sprzymierzonego z sunnitami pod hasłem narodowego pojednania.
Szyici poszli do wyborów podzieleni na partię władzy premiera Nuriego Malikiego (89 miejsc) i partie religijne (72 posłów). Zgodnie z prawem to Alawi powinien teraz jako pierwszy dostać szansę utworzenia rządu.
Jeszcze przed głosowaniem 7 marca komisja ds. odpowiedzialności i sprawiedliwości, zdominowana przez szyitów, wykluczyła z wyborów wielu kandydatów z listy Alawiego, zarzucając im, że byli prominentami reżimu Saddama. Teraz komisja grozi, że wykluczy z parlamentu trzech wybranych już deputowanych Alawiego. Wtedy miałby on tylko 88 miejsc i misja utworzenia nowego rządu powierzona zostałaby urzędującemu premierowi Malikiemu.
Sunnici uważają, że byłoby to równoznaczne ze sfałszowaniem wyborów. I próbują wpłynąć na wynik wyborów "starymi metodami" - bomby pod ambasadami mają wykazać, że Maliki sobie nie radzi.
Źródło: Gazeta Wyborcza