Na pewno zostały wzruszające do dziś i silne wspomnienia. Z dnia, kiedy dowiedzieliśmy się, że wybrano
Karola Wojtyłę, z pierwszej pielgrzymki, trochę też z tych po stanie wojennym, mniejsze z tych po 1989 roku i znowu silne wzruszenie w dniu śmierci i pogrzebu
papieża. To jest oczywiste.
Czy staliśmy się dzięki temu Polskiemu Pontyfikatowi lepsi, jako społeczność? Moim zdaniem ani trochę. Pod tym względem spłynął on po nas, jak woda po gęsiach. Nie widzę pokolenia JPII, któreby wyróżniało się czymś widocznie odmiennym i lepszym. Ja z tego powodu szat nie rwę, bo uważam, że to jest jakoś normalne. Jest wielki człowiek i jest jeszcze większy, zewsząd nacierający świat. Wielki człowiek umiera, a świat zostaje i to on nas kształtuje przedewszystkim.
Zastanawia mnie tylko jedno, dlaczego mimo kilkudziesięciu lat dawania świadectwa przez Naszego Papieża boskiemu przykazaniu "kochaj bliźniego swego, jak siebie samego" i dawania go także wobec osób, których czyny były trudne do oceny, dlaczego tak wielu katolików w Polsce, w tym przyznających się głośno do wiary polityków i osób z kręgów opiniotwórczych swoim postępowaniem daje świadectwo, jakby kierowało się przykazaniem: "Kochajcie bliźniego swego, jak my Jaruzelskiego".