Przeszliśmy długą drogę. I dziennikarze i opinia publiczna. Jeszcze kilkanaście lat temu na wieść, że prokuratura za zgodą sądu wsadziła do aresztu jakiegoś biznesmena, myśleliśmy: "Widać, coś ma za uszami". Potem przyszły wątpliwości. Zaczęło do nas docierać, że ten prokurator nie ma pojęcia o biznesie. Podobnie jak sędzia, zgadzając się na areszt. I jeden i drugi opierają się ekspertyzach biegłych. A biegły też nigdy nie miał swojego biznesu, a jego wiedza o gospodarce oparta była na PRL-owskiej praktyce.
Kilka lat temu opisywałam przypadki aresztowań, które budziły grozę. Tam nawet nie można było mówić o braku wiedzy, tylko o braku zdrowego rozsądku.
Potem przyszły uniewinnienia. A za nimi sprawy o odszkodowanie od skarbu państwa: za zmarnowane życie, stresy, zrujnowany biznes. Przejrzeliśmy na oczy. Trzymano w celach ludzi niewinnych.
Zbyt długie areszty, śledztwa ciągnące się jak telenowela brazylijska i wieloletnie procesy - to zmora polskiego wymiaru sprawiedliwości. Czy rzeczywiście przedsiębiorca musi siedzieć w areszcie? Przecież nie chodzi o człowieka groźnego dla otoczenia, lecz kogoś, kogo podejrzewa się o oszustwa finansowe. Trzymano ludzi za kratami, bo prokurator nie potrafił szybko zabezpieczyć dowodów i poprowadzić sprawnie śledztwa. Pisanie aktu oskarżenia trwało latami.
Na razie moje zaufanie do prokuratury w sprawach o przestępstwa gospodarcze jest wciąż bliskie zeru. Musi jeszcze upłynąć sporo wody, zanim je odzyskają przedsiębiorcy. I tego życzę nowemu prokuratorowi generalnemu Andrzejowi Seremetowi.
Źródło: Gazeta Wyborcza