Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Piotr przyjechał do Krakowa na studia. Pociąg z Dębicy nieco się spóźnił, więc gdy chłopak znalazł się wreszcie na krakowskim dworcu, miał dziesięć minut, by zdążyć na uczelnię. Dostrzegł wielką niebieską tablicę z żółtym napisem TAXI i czerwone audi. Czekało jakby na niego. Podszedł, wsiadł, pojechał. Trasa 2,5 km. Cena 162 zł. Piotra aż zatkało, nie miał tyle. - To nic - uspokajał kierowca, podtykając mu pod nos zaświadczenie o zadłużeniu - zeznawał później w sądzie Piotr. Piotr zerknął na zegarek, zostało jeszcze tylko pięć minut, by zdążyć do dziekanatu. Chwycił zaświadczenie i podpisał.
Jak się okazało już na miejscu, na zaświadczeniu poza żądaną przez taksówkarza ceną za kurs, numerem jego konta i dwudniowym terminem zapłaty, znalazł się też dopisek: "w przypadku niedotrzymania terminu oddania pieniędzy będą naliczane odsetki w wysokości 50 proc. za każdy dzień opóźnienia, na co wyrażam zgodę". Piotr uznał, że został oszukany. Postanowił, że nie zapłaci.
Nie to nie. Pan Edward za bardzo nawet się nie przejął. Swoje odzyska. Nie spieszył się. (Po 173 dniach odsetki urosły do 14 tys. zł). Tak jak innych sześciu klientów pozwał studenta do sądu. Wszyscy pasażerowie czekają na rozprawę.
Na rozprawy czeka też Edward Z. Został pozwany przez Urząd Miasta Krakowa za zawyżanie cen kursów taksówką i za brak widocznych informacji o wysokości cen usług.
Kto tu jest ofiarą? Edward Z. zapewnia, że robi to, na co pozwala mu prawo. Klienci nie mają wątpliwości: - To typowy polski cwaniak! Naciąga ludzi i tyle.
Musi dbać o swojeEdward Z. ma 42 lata, żonę, dwoje dzieci. Z wykształcenia kucharz.
Na taksówce od dziesięciu lat. Wcześniej miał sklep z pamiątkami, składał meble, handlował markowymi winami, pracował w Hucie Sendzimira. Wreszcie siadł za kółkiem. - Wydawało się, że z tego będą lepsze pieniądze - przyznaje. Najpierw jeździł w korporacji, potem jako taksówkarz niezrzeszony. - Teraz razem z kolegą Krzysztofem R. jesteśmy tak zwanymi przewoźnikami osób. Czyli na dobrą sprawę prawie kimś takim jak taksówkarze - mówi.
Różnica polegam na tym, że przewoźnicy działają w oparciu o łagodniejsze kryteria. Ostatnio zrzeszeni taksówkarze w całej Polsce domagają się usunięcia przewoźników. Bo ci odbierają im klientów, a nie muszą spełniać surowych wymagań. Przewoźnicy nie mają taksometru i koguta na dachu, nie muszą zdawać egzaminu z topografii miasta i legitymować się zaświadczeniem o niekaralności. - Siądzie taki za kółkiem, nie wiadomo, co za koleś, i chlewu narobi całej branży - wściekają się ci zrzeszeni.
Jedyne ograniczenie, jakie dotyka "przewozu osób", to zakaz wjazdu w strefę ograniczonego ruchu w miastach i postoju na parkingach taxi. Ale zysk jest widać wart tych niedogodności. W samym Krakowie jeździ ok. 300 przewoźników, taksówkarzy zrzeszonych - 3900.
Przewoźnicy nie muszą jeździć według ustalonych przez miasto maksymalnych stawek za kilometr (w Krakowie to 2,80 zł, w Warszawie i Wrocławiu 3 zł, w Łodzi 3,30, a w Poznaniu 7 zł). Kasują, ile dusza zapragnie. Jeden warunek: na samochodzie muszą umieścić cennik, albo przed jazdą powiedzieć klientowi, za ile go wiozą. Ale po co mówić, jak klient nie pyta?
Więc Edward Z. i Krzysztof R. nie mówią. Nie muszą, bo cennik przecież mają. A że maleńki i ukryty na tylnej szybie, to co z tego? Ma być, to jest. - Mam cennik tam, gdzie chcę mieć. Widoczny, gdy człowiek wsiada. Trzeba tylko patrzeć. Prawo mówi, że cena musi być podana do publicznej wiadomości. U mnie jest. I ja jadę zgodnie z cennikiem, 90 zł za kilometr - wyjaśnia spokojnie przewoźnik Edward Z. - Ale czasem mam zniżki, uznaniowe. Nawet do 95 proc. - dodaje z uśmiechem.
Chwali się, że najdrożej jechał za 540 zł. - Wiozłem klienta na lotnisko w Balicach. Dałem mu jeszcze upust, oprócz tego, że zniżka była sama w sobie, bo nie wziąłem tysiąca, chociaż kurs do Balic to około 10 km.
Nie wstyd panu? - pytam.
- Jaki wstyd? To zgodne z prawem. Jestem przedsiębiorcą i muszę zarabiać. Ale jeżdżę też taniej. Najtaniej na lotnisko jechałem za 80 zł. Stałem cały dzień, nic nie zarobiłem, wiedziałem, że się może już nic nie trafić. Oceniłem sytuację. Mówię do klienta: 150 zł. On: 60, ja: 80, no i pojechaliśmy.
Dwaj panowie spod dworca mają jeszcze jeden patent, dzięki któremu lepiej dbają o swoje. - Mamy taką swoją tablicę z napisem "taxi". Sami żeśmy ją zrobili. Nie ma co ukrywać, to jest nasz wabik. Ale wabik to jest taka brzydka nazwa, sugeruje, jakbyśmy robili coś podstępem, a to przecież nieprawda. Więc powiedzmy, że tablica ma zachęcać klientów, przyciągać, bo jakby nie tablica, nikt by tu nie przyszedł. Ale wszystko legalnie, bo na tablicy jest przecież napisane: "to nie jest informacja, że tu jest postój taxi".
Próbuję wcielić się na chwilę w rolę klientów przewoźników. Staję przy wyjściu z dworca, rozglądam się. Wyraz "taxi" widać z 50 m, reszty wcale. Tak, jak nie widać cennika na samochodzie.
Ale prawo o tym przecież nic nie mówi.
Dzień z życia "przewoźnika"Codziennie Edward Z. i Krzysztof R. przyjeżdżają pod Dworzec Główny na ul. Lubicz. Montują tablicę taxi i polują. Wyłapują obcokrajowców i atakują łamaną angielszczyzną: "Where're you go?". Nabrać dają się też ludzie starsi, przyjezdni i studenci, którzy do Krakowa zawitali po raz pierwszy. Krakowianie pseudopostój omijają z daleka.