Poza kilkoma drobiazgami np. oficjalnym uznaniem przez członka rządu PO-
PSL, że wyjaśnienia wysokiego urzędnika tego rządu - Moniki Rolnik, są mało wiarygodne. Do tej pory określali je tak dziennikarze, komentatorzy, politycy opozycji. Powściągliwi w osądach byli sami śledczy ("oceny zawrzemy w raporcie").
Przypomnijmy, że Monika Rolnik, dyrektor generalna w ministerstwie sportu, miała zlecić napisanie pisma z 30 czerwca 2009 roku, w którym resort sportu rezygnował z dopłat od gier. Pisma, które najbardziej obciąża Mirosława Drzewieckiego, byłego ministra sportu w całej sprawie hazardowej. I pisma, którego żaden z pracowników resortu nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć. Bo "ktoś kogoś nie zrozumiał" (Drzewiecki zawile tłumaczył, że jego intencją nie była rezygnacja z dopłat, a jedynie zawiadomienie, że nie będzie budowy hali i basenu wokół Stadionu Narodowego, na co miały iść dopłaty) , "bo intencje zostały źle odczytane", bo "minister nie doczytał, ale ma stosy korespondencji codziennie na biurku". A to wszystko i tak nie ma znaczenia "bo pismo nie miało mocy sprawczej". W raporcie czytamy "ustalenia kontroli utwierdzają w przekonaniu, że rzeczywista przyczyna decyzji o odstąpieniu od dopłat nie została ujawniona". To też nie zaskakuje. Przyczyny szukają też prokuratorzy.
Raport Pitery obnaża chaos w ministerstwach: nieprzestrzeganie procedur, opóźnianie prac nad ustawą, nierejestrowanie spotkań z biznesmenami. Ale minister Pitera przychodzi z raportem za późno. Tzw. afera hazardowa wybuchła w październiku. Od kilku miesięcy prowadzone są prokuratorskie śledztwa. Z końcem kwietnia swoją pracę kończą śledczy z sejmowej komisji. W tej sytuacji analiza z Kancelarii Premiera to wyważanie już otwartych drzwi.
Choć minister Pitera daje nam nadzieję - a mianowicie zapowiada kolejny raport. Z propozycjami rozwiązań systemowych, które pomogą wyeliminować patologie ze styku biznesu i polityki. Oby pojawił się szybciej, niż zmiany w ustawie antykorupcyjnej, których ciągle nie ma.