O skandalicznym zachowania Pei podczas zielonogórskiego Winobrania "Gazeta" pisała pierwsza. Na koncert 12 września przyszło kilka tysięcy fanów. Ryszard Andrzejewski (Peja) pod koniec występu przerwał utwór. Zobaczył, że nastolatek pokazuje mu środkowy palec. Zaczął go wyzywać. Potem rzucił do tłumu: "Wiecie, co z nim zrobić? Rozjebać w c... Wszystko na mój koszt!". Kilkunastu mężczyzn rzuciło się na chłopaka. Na filmach widać, jak 16-letni Marcin zgina się, by uniknąć ciosów od umięśnionych mężczyzn.
Prokuratura postawiła Andrzejewskiemu zarzut podżegania do pobicia (grozi za to do trzech lat więzienia). Wokalista przyznał się do winy i złożył wniosek o warunkowe umorzenie postępowania. Wczoraj zielonogórski sąd odrzucił ten wniosek.
- Nie mam żalu do nikogo. Ponoszę odpowiedzialność za swoje czyny - komentował artysta.
Przyznał się do winy, przeprosił Marcina. I sam się bronił. Wytykał złe działanie ochrony i mówił, że ma stresogenny zawód. Przyznał, że puściły mu nerwy. - Pierwszy raz zareagowałem tak emocjonalnie, choć dałem 600 koncertów - tłumaczył. Zapewniał, że nie chodziło mu o Marcina.
Lech Kochaniak, oskarżyciel posiłkowy pobitego, zażądał kary pozbawienia wolności. - Tylko łut szczęścia zdecydował, że mój klient żyje. W całej sprawie nie chodzi o dwa czy jeden palec wystawiony w stronę artysty, lecz o to, że Peja, zdając sobie sprawę z olbrzymiej władzy, zdecydował się na publiczny lincz. Wykorzystał władzę nad fanami w celu przestępczym - tłumaczył mecenas.
Prokurator wnioskował jedynie o karę finansową - 6 tys. zł grzywny, 3 tys. zł nawiązki na cele społeczne (np. dom dziecka) oraz opłatę kosztów sądowych. - Kara finansowa jest nie mniej dotkliwa niż kara pozbawienia wolności, którą oskarżony otrzymałby pewnie w zawieszeniu, bo nie był wcześniej karany - tłumaczy "Gazecie" prokurator Przemysław Rataj.
Obrońca Zbigniew Krüger uważa, że grzywna spełni funkcję kary: - Andrzejewski przeprosił, chce zapłacić zadośćuczynienie (5 tys. zł).
Wyrok 6 kwietnia.
Źródło: Gazeta Wyborcza