http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Odważnym włos nie spadnie

Katarzyna Klukowska, Jarosław Sidorowicz
2010-04-03, ostatnia aktualizacja 2010-04-03 18:02

Postawa kunktatorska bardzo rozpanoszyła się w prokuraturze. "Szef kazał, to robię! Co się będę kłócił" - opowiada Andrzej Seremet, który od wczoraj pełni obowiązki prokuratora generalnego

Andrzej Seremet
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Andrzej Seremet
Mówią o nim: człowiek znikąd. Gdy prezydent podpisał jego nominację, w Ministerstwie Sprawiedliwości dał się słyszeć następujący dialog: "Słyszałeś? Andrzej Seweryn dostał Oscara!". "Nie, to Andrzej Seremet został prokuratorem generalnym".

Można powiedzieć, że w drugie półwiecze swego cichego i spokojnego dotąd żywota sędzia Andrzej Seremet wszedł z przytupem. Ożenił się, spłodził syna i wystartował w konkursie na prokuratora generalnego.

- Żona mnie zainspirowała. "Trochę życia ci jeszcze zostało - mówiła. - Może warto coś zmienić?". W swej męskiej próżności wywołany do tablicy przez kobietę pomyślałem: "Raz kozie śmierć!". Nie wierzyłem, że mi się uda. Wolę asekurancko założyć, że nie osiągnę celu, niż się przykro rozczarować. To nie najlepsza postawa z punktu widzenia człowieka sukcesu, ale tak mam - opowiada Andrzej Seremet.

Do wczoraj sędzia, od dziś - prokurator generalny. Pierwszy od 1990 roku. Wtedy to bowiem połączono tę funkcję ze stanowiskiem ministra sprawiedliwości. Teraz kadencja prokuratora generalnego potrwa sześć lat. Nie może się ubiegać o ponowny wybór. Można go odwołać tylko w ściśle określonych warunkach, większością dwóch trzecich głosów w obecności co najmniej połowy posłów.

Nie jestem bigotem

- Żaden ze mnie Michał Toporny z "Tańczącego jastrzębia" Kawalca, który jako chłopski syn awansował na dyrektorskie krzesło. Nie dzielę ludzi na tych ze wsi i z miasta - deklaruje prokurator Seremet. - Do Warszawy garnę się nie po zaszczyty czy apanaże. Będę szczęśliwy, jeśli uda mi się przetrwać całą kadencję, a na odchodne ktoś powie dobre słowo o prokuraturze. Że zostawiam ją w lepszej kondycji, niż obejmowałem.

Radłów. Do niedawna wieś, a teraz miasteczko pod Tarnowem. Rodzina Seremetów mieszka tu "od zawsze". Seremet senior był sołtysem, matka dorabiała krawiectwem. W domu dziadkowie i czwórka dzieci. Gospodarzyli na trzech hektarach. - Nie przelewało się, ale biedy też nie było - wspomina Andrzej Seremet.

Rzadko wyjeżdżał na wakacje, bo musiał pomagać rodzicom w gospodarstwie. - Wcale się tego nie wstydzę, choć miałem okresy buntu - przyznaje prokurator. - Wolałem pograć z kolegami w piłkę albo zaszyć się gdzieś z książką, niż pracować w polu.

- Co niedziela chodziliśmy całą rodziną do kościoła. Służyłem do mszy, ale nie latałem do kruchty, jak sugerują niektórzy. Nie jestem bigotem. Po prostu szanuję religię.

Kolega Seremeta z ogólniaka: - To byli prości ludzie, ale ojca pamiętam jako człowieka o wyjątkowej kulturze, zawsze uśmiechniętego. Inni robili jakiś skok w bok: ktoś zapisał się do ORMO, ktoś inny został sekretarzem partii. Ale nie stary Seremet.

Młody Seremet marzył o wyprowadzce do Krakowa. Chciał pod miastem wybudować dom.

- Jak zobaczyłem ceny, to szybko wróciłem do Radłowa. I na miejscu starego domu po dziadkach, przez płot z rodzicami, wybudowałem własny.

Będę jak Mariusz z "Nędzników"

Mało brakowało, a prokurator Seremet zostałby mechanikiem.

- Kolega namówił mnie, żebyśmy razem zdawali do technikum mechanicznego - wspomina. - To była kompletna pomyłka! Na warsztatach nic mi nie wychodziło. Po półtora miesiąca przeniosłem się do liceum.

Radłów, choć to wieś, miał własne liceum.

- Zsyłano tu za karę słabych albo będących na bakier z dyscypliną uczniów z Tarnowa - wspomina Andrzej Seremet. - To byli przybysze z innego świata. My byliśmy spokojną, wiejską młodzieżą, oni wprowadzali ferment.

- Uczyłam zarówno Andrzeja, jak i jego trzy siostry - wspomina Elżbieta Wiśniewska-Woźniczka, polonistka z liceum. - Andrzej nie wyróżniał się, był zwykłym chłopakiem, ale potrafił pisać piękne wypracowania, miał bogate słownictwo. Dużo czytał. Miał niedosyt, że nie przerabiamy książek pisarzy spoza listy lektur, np. Hłaski.

Nauczycielka opowiada, że namówiła Andrzeja, by spróbował sił w olimpiadzie polonistycznej. Przebił się aż do szczebla wojewódzkiego w Krakowie. Ale tam zapytano go, skąd pochodzi. Andrzej przyznał, że ze wsi.

- I wtedy kazano mu opowiedzieć coś o teatrze - wspomina polonistka. - Starałam się zabierać ich na przedstawienia do Tarnowa. Założyłam nawet klub przyjaciół Teatru Telewizji, ale wiadomo, że to wszystko mało. Andrzej nie był tak obyty w teatrze jak dzieci z miasta. Po przegranej olimpiadzie był w nim żal, poczucie krzywdy. Powiedział mi potem, że poczuł, że należy do tych, co nie mieli wygrać.

Źródło: Duży Format
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':