W latach 70., jako główny reżyser TVP, był pan podwładnym osławionego prezesa Radiokomitetu Macieja Szczepańskiego. Jak pan go wspomina? - To był bardzo inteligentny facet, wykształcony i kulturalny, jeśli tylko chciał być kulturalny. Janusz Wilhelmi, jego zastępca, mówił o nim, że on tak naprawdę jest kobietą, która dodaje sobie cech macho, żeby utrwalić swój wizerunek. Szczepański był zadowolony, że mówią o nim "Krwawy Maciek". Co jakiś czas musiał dokonać czegoś nieobliczalnego, uderzyć znienacka. Robił to ze zdumiewającą satysfakcją. Był sadystą, ale nie używał chamskiego słownictwa. Krzyczał tylko czasem.
Podobno w łaski Gierka wkupił się w ten sposób, że organizował mu życie pozapartyjne i pozadomowe przy pomocy zespołu Śląsk. Śląsk był kopalnią panienek dla Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, przed czym próbował bronić swoje dziewczyny Stanisław Hadyna. I dlatego wyleciał z posady szefa zespołu.
Kiedyś poznałem dziewczynę, którą rwał Szczepański. Opowiedziała , że wziął przy niej butelkę koniaku, odkręcił i wypił duszkiem. - Mogłam siedzieć spokojnie - powiedziała - wiedziałam, że za chwilę runie. I rzeczywiście. Żeby zaimponować dziewczynie, Szczepański potrafił przylecieć po nią helikopterem. Gdy przyjeżdżał do Śląska, natychmiast dawano mu dużo alkoholu, a on nie miał zbyt mocnej głowy. Zwalał się np. na podeście schodów i zasypiał. Bali się go ruszyć, wiedząc, że kiedy się ocknie ten, kto go obudzi, będzie skończony. Przykrywano go strojami ludowymi i spędzał noc na schodach.
Brzmi to dość prostacko, tymczasem Szczepański uchodził za nowoczesnego Europejczyka. - Szczepański był nowoczesny. Założył w TVP fitness club - wtedy to się zresztą tak nie nazywało - który działał jeszcze do niedawna. Na samym końcu terenu TVP, prawie na Domaniewskiej, za magazynami dekoracji i kostiumów. Fitness club był tylko dla wybranych pracowników kierownictwa - w piwnicy: trzy sauny, sale ćwiczeń i zabiegów. Towarzysze niechętnie z tego korzystali, nie mieli jeszcze takich nawyków.
Szczepański wstawał o świcie, zaczynał pracę o siódmej, a nawet wcześniej. Swoim dyrektorom złośliwie kazał przychodzić na siódmą, zwłaszcza tym, którzy lubili długo spać. Spóźnionych mógł ukarać. Rozmawiali z nim na wpół przytomni, a on był w pełni formy - już po saunie, masażu i biczach wodnych.
Nosił się elegancko, zawsze w garniturze, ale raczej sportowym. Ponad rok utrzymał się jego pomysł, żeby w telewizyjnej kawiarni Kaprys podawano alkohol. Szczepański bywał na Zachodzie i podpatrzył to w tamtejszych telewizjach. Mówił: - Jeśli do kogoś przyjeżdżają goście z Anglii, to wypada zaprosić ich na whisky. W Kaprysie nie było czystej wódki, tylko alkohole wysokogatunkowe. Szczepański sprowadził też do telewizji hostessy. Niektóre z nich do dziś pracują jako redaktorki. Wedle kryterium atrakcyjności dobierano również kelnerki w Kaprysie.
Opowiadała mi pewna redaktorka, że gdy Szczepański ją zobaczył na przystanku tramwajowym, polecił kierowcy cofnąć, odkręcił szybę i zapytał: "Dokąd pani jedzie?". Gdy jednak przyjrzał się jej z bliska i dostrzegł, że jest po czterdziestce, sam sobie odpowiedział: "Zresztą wszystko jedno dokąd, ja i tak jadę gdzie indziej". I odjechał. On miał cechę, którą mają dyktatorzy: dopuszczał współpracowników do pewnej intymności, ale gdy oni czuli się już bezpieczni, wywalał ich z hukiem. Tak postąpił z Wilhelmim. Co prawda był to kopniak w górę - Wilhelmi poszedł na wiceministra kultury i szefa kinematografii, ale stała za tym chęć pozbycia się go. Zazdrosny Szczepański zorientował się, że swą kulturalną wartość telewizja zawdzięcza raczej Wilhelmiemu, nie jemu.
Miał pan bezpośrednie starcia ze Szczepańskim? - Dwa razy. Pierwsze było związane z premierem Piotrem Jaroszewiczem. Dostałem propozycję nie do odrzucenia - zrobić film o Elżbiecie Jaroszewicz, śpiewaczce operowej. Pani Elżbieta twierdziła, że Jaroszewicz to jej wujek, ale rajdowiec Andrzej Jaroszewicz, syn premiera, twierdził, że ona jest jego przyrodnią siostrą.
Elżbieta Jaroszewicz, zatrudniona w Teatro Massimo w Palermo, wydała płytę z ariami włoskich kompozytorów. Nagrała ją techniką podobną do tej, którą pokazano w "Obywatelu Kane" - trudniejsze momenty śpiewała po kawałku i potem mozolnie klejono to w studiu montażowym. Miała z tego gotowe playbacki, więc zażyczyła sobie filmu o sobie wykonującej arie na Sycylii. Ja miałem do tego wymyślić fabułę. Dzięki tej propozycji trzy razy byłem na Sycylii.
Przy tym filmie utwierdziłem się w przekonaniu, że władza ludowa miała silne związki z mafią. Pojawili się dwaj Sycylijczycy - jeden, Giuseppe Valveri, był właścicielem prywatnej telewizji Telesicilia w Palermo. Drugi był senatorem wyznaczonym do kontaktów z Europą Wschodnią. Obaj chętnie przyjeżdżali do Polski, bo, choć nie byli specjalnie urodziwi, tłum dziewczyn własnymi samochodami zajeżdżał po nich na lotnisko i zaczynała się nieustająca balanga.
Na Sycylii Valveri prowadzał nas do najlepszych knajp. W każdej personel ustawiał się w szpaler i kolejno całowali go w rękę. A kogo całuje się tam w rękę? Dostaliśmy od niego samochód z kierowcą i jeździliśmy szukać efektownych miejsc do zdjęć. Kiedyś zobaczyliśmy tabliczkę z napisem "Corleone 30 km". Jedziemy zatem do Corleone. Na miejscu pojawił się kulawy facet, który, nic nie mówiąc, wszędzie za nami chodził. Znaleźliśmy tam przepiękny klasztorek na skale. Postanowiłem, że nakręcę w nim jedną z arii. Jednak trzy dni później wezwał nas Valveri i rozkazał: - 70 km od Corleone, nie ma mowy, żebyście kręcili bliżej. Okazało się, że Amerykanie parę razy nabrali Sycylijczyków - pod pretekstem realizacji innych filmów w rzeczywistości robili film o Corleone jako kolebce mafii.
Jak udał się film ze śpiewającą panią Jaroszewicz? - Podczas zdjęć pani Elżbieta okazała się osobą mało sympatyczną. Jej pozycja w teatrze nie była mocna, straciła posadę natychmiast po odejściu Jaroszewicza z premierostwa.
Obaj z Samosiukiem dostaliśmy dość duże honoraria, więc ja zabrałem na Sycylię żonę i syna, a Samosiuk tylko żonę - aktorkę Irenę Karel. Valveri natychmiast zakochał się w naszych żonach, troszkę bardziej odpowiadała mu Karel, klasyczna bella bionda. W związku z tym potraktował nas ekstra - umieścił w hotelu wyższej klasy, stojącym nad samym brzegiem morza. Nurkowaliśmy z synem, rozmawiając z żoną siedzącą na balkonie. Valveri zabierał nas też na wystawne kolacje.
Znielubiła nas za to pani Jaroszewicz, mieszkająca w szeregowym, acz luksusowym domku w miasteczku Mondello pod Palermo. Był on w całości wyposażony przez Ars Polonę, przedsiębiorstwo robiące sztukę ludową na eksport. Gdy wróciliśmy do Polski, kierowniczka produkcji przekazała Szczepańskiemu gruby list od pani Jaroszewicz, która zarzuciła mnie i operatorowi, że zdradzamy Polskę, zadając się z imperialistami. Przeczytawszy donos, prezes powołał komisję mającą zbadać, za czyje pieniądze były na Sycylii żony reżysera i operatora. Na czele komisji stanął Zbigniew L., prawa ręka Szczepańskiego. Podobno L. uratował go kiedyś w Kopenhadze, gdy Szczepański, przypłynąwszy tam jachtem, po pijanemu obraził policję duńską i został aresztowany. L. wziął na siebie całe odium i w nagrodę został dyrektorem generalnym TVP.
L. mnie nawet lubił. Jego komisja orzekła, że nasze żony wyjechały na Sycylię nie za pieniądze Radiokomitetu, i się rozwiązała. Ale film o śpiewaczce nigdy nie został wyemitowany, gdyż akurat nastąpił upadek premiera Jaroszewicza.