- To nie jest sprawa polityczna, chodzi tylko o sprawiedliwość dla ostatnich żyjących ofiar wojny. Pozwy skierujemy do sądów w Polsce i
USA, bo na zwycięstwo w Niemczech nie mamy raczej szans - zapewnia
Roman Giertych, były szef Ligi Polskich Rodzin i adwokat, który reprezentuje Polski Związek Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych. Związek to jedna z 20 polskich, białoruskich, rosyjskich i ukraińskich organizacji zrzeszających ofiary nazizmu, które zapowiedziały walkę z niemiecką koleją.
To w bydlęcych wagonach Deutsche Reichsbahn, niemieckiej kolei państwowej, transportowano ludzi w trakcie II wojny światowej do obozów koncentracyjnych. Eksperci od lat powtarzają, że bez perfekcyjnie działających w III Rzeszy kolei naziści nie byliby w stanie przeprowadzić ludobójstwa na taką skalę. Mimo to po wojnie nie pociągnięto do odpowiedzialności żadnego z kolejowych urzędników. O odpowiedzialności moralnej niemieckich kolejarzy głośno zaczęto mówić dopiero kilka lat temu.
Niemiecka kolej do dziś nie przekazała deportowanym ani centa odszkodowania, choć władze III Rzeszy płaciły za każdy transport. Szacuje się, że w ten sposób Reichsbahn zarobiła 445 mln euro. Takiego odszkodowania chcą teraz organizacje zrzeszające ofiary nazizmu. Pieniądze mają zostać przeznaczone na pomoc humanitarną dla żyjących byłych więźniów obozów koncentracyjnych.
Walka będzie skomplikowana. Niemiecka kolej od zakończenia wojny przeszła kilka przeobrażeń, dziś jej następczyni Deustche Bahn nie jest państwową firmą, ale spółką akcyjną. Dlatego nie zamierza płacić. - Nasi eksperci są zupełnie innego zdania - zapewnia Giertych. Jego zdaniem prace nad pozwami potrwają miesiące.
W styczniu podobny pozew przeciwko węgierskim kolejom zgłosiła grupa tamtejszych Żydów ocalałych z Holocaustu. Za pomoc w deportacji do Auschwitz 430 tys. osób domagają się 1,2 mld dol. odszkodowania.