http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kalifornia dyskutuje o legalizacji skrętów

Marcin Bosacki, Waszyngton
2010-03-29, ostatnia aktualizacja 2010-03-29 18:40

Kalifornia zdecyduje w listopadzie w referendum, czy zalegalizować marihuanę. Główny argument zwolenników legalizacji to dodatkowe 2 mld dol. dla kasy stanu

Richard Lee, król marihuany sprzedawanej w celach leczniczych, przed swoim sklepem w Oakland w Kalifornii. Zdjęcie z 2008 r.
Fot. Dino Vournas AP
Richard Lee, król marihuany sprzedawanej w celach leczniczych, przed swoim...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



W teorii marihuana jest w USA nielegalna. Jednak w 14 stanach (pierwszym była 14 lat temu Kalifornia) dozwolona jest jej sprzedaż i używanie do celów leczniczych, który to wymóg jest tam dość powszechnie nieprzestrzegany.

Na początku swych rządów Barack Obama zakazał częstych wcześniej nalotów agentów federalnych na plantacje i sklepy z marihuaną leczniczą w tych stanach. Jednak pełnej legalizacji marihuany nigdzie dotąd w USA nie ma, choć Kalifornia po raz pierwszy głosowała nad tym - i odrzuciła pomysł - już w 1972 r.

W Newadzie parlament stanowy odrzucił legalizację już cztery razy w ciągu ostatniej dekady, parlament stanu Waszyngton uczynił to zaledwie kilka tygodni temu. Tymczasem w ostatnim tygodniu stan Kalifornia ogłosił, że zwolennicy referendum zebrali 523 tys. podpisów, więc plebiscyt odbędzie się wraz z listopadowymi wyborami do Kongresu.

Zwolennicy legalizacji chcą, by każdy dorosły powyżej 21. roku życia mógł w Kalifornii kupić jednorazowo uncję (28 g) marihuany. Nie można byłoby jej jednak palić w miejscach publicznych oraz nigdzie w obecności dzieci.

Poszczególne miasta i hrabstwa mogłyby też zastrzec sobie, że u nich wolność marihuanowa nie obowiązuje. Takie wyjątki obowiązują już dziś przy sprzedaży alkoholu - na południu i zachodzie USA jest sporo hrabstw, gdzie alkoholu nie wolno sprzedawać w niedziele i święta, a czasem w ogóle.

Tym razem w kampanii na rzecz legalizacji marihuany jej zwolennicy będą używać głównie nie haseł o nieszkodliwości marihuany, lecz argumentów ekonomicznych. Ich zdaniem legalizacja i opodatkowanie marihuany przyniesie budżetowi Kalifornii 1,4-1,5 mld dol. rocznie, a oszczędności w pracy policji oraz więziennictwie - kolejne 200 mln.

Przeciwnicy argumentują jednak, że znacznie większe będą straty, głównie z powodu dni opuszczonych przez pracowników lub z powodu "utraty koncentracji w miejscu pracy". Tak samo, mówią, zwiększy się liczba popełnionych po marihuanie przestępstw czy wypadków drogowych.

Zwolennicy legalizacji mówią, że jeśli Kalifornia zdecyduje się na ten krok, to podobnie jak w kwestii legalizacji marihuany leczniczej czy związków homoseksualnych wywoła to lawinę w całym kraju.

- To kluczowy moment. Kalifornijczycy mogą zakończyć sukcesem walkę o zniesienie bezsensownej prohibicji marihuanowej w USA - mówi agencji AP dyrektor Sojuszu na rzecz Polityki Narkotykowej Stephen Gutwillig. I on, i inni zwolennicy referendum mają na to wielkie nadzieje i powołują się na sondaż sprzed roku, w którym 56 proc. Kalifornijczyków poparło legalizację.

Ale przeciwnicy są też spokojni, bo dwa lata temu mieszkańcy stanu odrzucili w referendum propozycję innego prawa - o zamianie kar więzienia dla narkomanów na leczenie i reedukację. Wówczas niektóre sondaże także mówiły o zwycięstwie zwolenników "tak", mieli oni również ogromną przewagę w kampanii propagandowej.

Teraz też po obu stronach zmobilizowane zostaną miliony dolarów. "To nie będzie walka hipisów z policjantami, tylko bój wielkich grup interesów i ogromnych pieniędzy" - pisze "Los Angeles Times". Po stronie zwolenników chodzi głównie o Richarda Lee, króla marihuany leczniczej, właściciela nie tylko dużego sklepu z marihuaną w Oakland, ale i szkoły, która odpłatnie kształci adeptów uprawy marihuany w domu, naturalnie leczniczej.

Szkoła nazywa się dumnie Uniwersytet Oaksterdam. Lee na samo zbieranie podpisów przed referendum wydał 1,3 mln dol. Wspierają go organizacje popierające legalizację z całych Stanów, wzywając, by każdy, komu bliska jest idea legalizacji, wpłacił przez internet 4,20 dol. W amerykańskim slangu marihuanę nazywa się często "420" - od daty 20 kwietnia, gdy w wielu miejscach w USA i w Kanadzie zwolennicy legalizacji marihuany demonstracyjnie palą skręty w miejscach publicznych.

Z drugiej strony są takie organizacje jak Matki przeciw Jeździe po Pijanemu (które walczą też z jazdą po narkotykach) czy Stowarzyszenie Oficerów na rzecz Pokoju, skupiające głównie policjantów. One też z pewnością zbiorą miliony na kampanię.

Smaczku referendum dodaje to, że odbędzie się ono wraz z ciekawymi wyborami do Kongresu i na gubernatora. Kandydatkami Republikanów do Senatu i na gubernatora chcą być dwie sławne biznesmenki - była szefowa Hewletta-Packarda Carly Fiorina i była szefowa eBaya Meg Whitman. Obie sprzeciwiają się legalizacji marihuany.

Najbardziej zwolenników skrętów rozczarował jednak przeciwnik Whitman w wyborach gubernatorskich Jerry Brown, ikona ruchów kontrkulturowych w Kalifornii z lat 60. i 70. Tym razem Brown stwierdził, że "nie wsiądzie do wozu legalizacji", bo "byłoby to sprzeczne z prawem USA".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 56 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':