Rozmowa z Samirem Ismailem
przewodniczącym Ligi Muzułmańskiej w RP, lekarzem pediatrą SAMIR ISMAIL: Zanim przyjechałem do Polski, myślałem, że to kraj bez Boga. Że mieszkają tu sami komuniści, którzy nienawidzą religii. No i że jest bogato: ludzie chodzą w skórzanych butach i futrach. I codziennie jedzą czekoladę.
GRZEGORZ SZYMANIK: Czekoladę? - W Kuwejcie, gdzie się urodziłem, była polska czekolada, skóry i futra. Ale przyjechałem do Polski w 1986 r. i zobaczyłem, że czekolady nie ma. W sklepach pusto. I że Polacy to nie sami komuniści. To były stereotypy.
Ludzie w Polsce też stereotypowo wyobrażali sobie cudzoziemców - nieważne - muzułmanów czy niemuzułmanów. Byliśmy "obcy". Ja nie odczuwałem tego tak mocno jak koledzy o ciemniejszej karnacji.
Ale Polska była dla pana atrakcyjna? - Tak, bo tu mogłem zdobyć wiedzę i dyplom. Przyjechałem studiować medycynę. Moi rodzice pochodzili z Palestyny, podczas wojny 1967r. emigrowali do Jordanii, stamtąd do Kuwejtu. Mam sześcioro rodzeństwa, rodzice dbali o nasze wykształcenie. Jeden brat studiował na Węgrzech, drugi w Algierii, dwie siostry też skończyły
studia. Wybrałem Polskę, bo pieniądze od rodziców wystarczały, by dać tu sobie radę.
Ile miał pan wtedy lat? - Osiemnaście. Teraz mam czterdzieści dwa. Dłużej żyję w Polsce niż w Kuwejcie. Tu skończyłem studia, tu na zajęciach dla Polaków zainteresowanych muzułmańską kulturą poznałem żonę, Polkę. Mamy czworo dzieci. To Polska jest teraz moją ojczyzną.
Dziś muzułmanie też przyjeżdżają tu głównie na studia. Czasem do pracy - otwierają firmy, bary. Podoba im się, że w Polsce tak ważna jest instytucja rodziny. Tego nie ma na Zachodzie.
I czasem ci studenci zostają u nas na stałe. To właśnie imigranci zainicjowali powstanie Ligi Muzułmańskiej w RP. Dlaczego nie chcieliście się przyłączyć do istniejącej już wspólnoty - Muzułmańskiego Związku Religijnego, skupiającego głównie mieszkających tu od wieków Tatarów? - Jesteśmy im wdzięczni, bo przyjęli nas z otwartymi rękami. Kiedy byliśmy studentami, podróżowaliśmy po Polsce, by uczyć tatarskie dzieci podstaw wiary. Ale w tamtych czasach, w latach 80., 90., obowiązywał stary statut Muzułmańskiego Związku Religijnego, jeszcze z II RP. Ze względów formalnych nie mogliśmy zostać jego członkami, tak samo jak wielu Polaków, którzy przeszli na islam. Obydwie organizacje są nurtu sunnickiego, ale statut Związku głosił: jest to związek sunnicki szkoły hanefickiej.
A Liga miała być otwarta też na inne szkoły - malikicką, szaficką. Rejestracja trwała trzy lata. Stu obywateli polskich musiało notarialnie potwierdzić przynależność do Ligi. Udało się w styczniu 2004 r.
I jak teraz układają się stosunki starego związku z nowym? - Nie ma konfliktu. Dwa miesiące po rejestracji Ligi Muzułmański Związek Religijny też zmienił statut i dopuścił inne szkoły. Ale wtedy już nie chcieliśmy rozwiązywać Ligi, bo byłoby to niesprawiedliwe w stosunku do ludzi, którzy włożyli mnóstwo pracy w jej powstanie. Chcemy za to stworzyć Najwyższą Radę Muzułmanów Polskich, która zrzeszałaby wszystkie organizacje.
Trwają rozmowy.
Po rejestracji Ligi zaczęliście szukać miejsca na meczet i ośrodek muzułmańskiej kultury w Warszawie. Trudno było o zezwolenie na budowę? - Trochę tak, bo zmieniały się wtedy władze w Warszawie. Ale nikomu nie przeszkadzał pomysł budowy meczetu. Rozmawialiśmy z władzami o jego lokalizacji i kształcie. Pierwotnie miał być dużo większy, stanęło na 1030m kw. przy rondzie Zesłańców Syberyjskich.
Mieszkańcy Szwajcarii w referendum opowiedzieli się przeciwko minaretom, widocznym symbolom islamu w Europie. Warszawski meczet nie będzie miał klasycznego minaretu. Dlaczego? - Nie chcemy nikogo drażnić. Mieliśmy prawo do minaretu nawet 25-metrowego. Wybudujemy 18-metrowy, nietypowy. Były m.in. projekty zrobienia go na planie trójkąta, ale ktoś rzucił, że to mogłoby urazić jako nawiązanie do Trójcy Świętej, więc trójkątnego nie będzie.