Merkel jako jedyna sprzeciwiła się udzielaniu przez Unię wielomiliardowej pomocy dla bankrutującej Grecji i postawiła na swoim. Ateny nie dostaną zastrzyku gotówki, chyba że z ich gospodarką będzie bardzo źle i Europejski Bank Centralny uzna, iż nie ma innego wyjścia. Wówczas zrzucą się kraje UE i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. A jak katastrofy nie będzie, to pomocy też nie będzie.
Niemców takie rozwiązanie satysfakcjonuje, bo przynajmniej na razie nie muszą zrzucać się na Greków. Nie chcą płacić tym bardziej, że Grecy marnotrawili unijne pieniądze (w dużej mierze pochodzące z niemieckich składek) i fałszowali dane o stanie swojej gospodarki. Dużo mówi się o tym w Bundestagu, w niemieckich telewizjach i na berlińskich ulicach.
Tabloid "Bild", wyczuwając te nastroje, napisał niedawno, by Grecy na poczet długów sprzedali swoje urokliwe wyspy.
Jednak sceptycyzm wobec Europy rośnie w Niemczech nie tylko wśród czytelników tabloidów.
Czy
Niemcy faktycznie utrzymują Europę? Berlin płaci najwięcej do unijnego budżetu - w tym roku 24,5 mld euro, co oznacza, że co piąte euro w kasie UE jest z Niemiec. W ramach unijnych programów wraca jednak do nich ponad 14 mld. Niemiecka gospodarka stała się światową potęgą w wielkiej mierze dzięki Unii Europejskiej - żaden kraj UE nie sprzedaje tyle na otwartym rynku Unii co Niemcy.
Zwykły Niemiec uważa dziś co innego - światowy kryzys wpędził gospodarkę jego kraju w najgłębszą od pół wieku recesję. Statystyki wprawdzie się poprawiają, ale nad krajem ciągle wisi groźba wielkich plajt i wielkiego bezrobocia. Do tego dochodzi rekordowy deficyt budżetowy i zadłużenie. Długi rządu federalnego, landów i gmin wynoszą prawie 1,7 bln euro. Kryzys widać nie tylko w wyludnionych wschodnich Niemczech, ale także w bogatych landach zachodnich. Są tam gminy, których nie stać na remontowanie szkół.
Według ostatnich sondaży większość Niemców sprzeciwia się pomocy Grecji, bo uważa, że u nich nie jest dużo lepiej. Kanclerz Helmut Kohl, jak twierdzą moi niemieccy rozmówcy, nie przejmowałby się takimi nastrojami, bo Europa była dla niego ważniejsza niż władza w Niemczech.
Kanclerz
Angela Merkel przejmuje się tymi nastrojami, i to bardzo. Wszak jej koalicyjny rząd zbiera coraz gorsze recenzje, bo w powszechnym odczuciu nie radzi sobie z kryzysem. A w maju czeka ją arcyważny plebiscyt - wybory do Landtagu w Nadrenii Północnej-Westfalii. Jeśli je przegra - co możliwe - straci większość w Bundesracie (drugiej izbie parlamentu) i nie będzie w stanie rządzić.
To dlatego Angela Merkel robi wszystko, by przypodobać się wyborcom i zatrzymać strumień unijnych pieniędzy do Grecji. Dlatego przeforsowała plan, by sięgnąć po środki Międzynarodowego Funduszu Walutowego, choć krytykują to nawet niemieccy finansiści. Ich zdaniem kryzysy w UE powinny być gaszone wyłącznie europejskimi rękami.
Polityka Merkel trąci populizmem, ale cała niemiecka polityka coraz bardziej zdąża w tym kierunku. Populistyczna Lewica jest dziś czwartą siłą w Bundestagu.
Pięć lat temu Angela Merkel przebojem weszła na europejską scenę, wyciągając z impasu negocjacje nad unijnym budżetem. Zdobyła się wówczas na piękny gest - zrezygnowała ze 100 mln euro przeznaczonych dla byłej NRD i przekazała je na pomoc dla polskiej ściany wschodniej. Nazwano ją wtedy "Frau Europa", wróżono karierę unijnej przywódczyni. Od wczoraj komentatorzy mówią o niej "Madame Non".
Jej opór wpisuje się w proces, który widać w Niemczech od dziesięciu lat, od rządów socjaldemokratycznego kanclerza Gerharda Schrödera. Niemieccy politycy nie chcą już za wszelką cenę napędzać i podtrzymywać Unii. Wolą - jak Francuzi, Włosi i inni - dbać przede wszystkim o własny interes.