Co zaś się tyczy Grochowa - Małgosia sądzi, że to przyszywanka, łata jakaś, żadna tam dzielnica stolicy, bo stolicy i wielkomiejskiego klimatu jakoś tu mało. Zdaniem Małgosi (okularnica, blondynka, szczuplutka, z małego miasteczka) cała Warszawa jest jak patchwork, fastrygowane skrawki od Sasa do Lasa, różnokolorowe, jeden bladoróżowy, o fakturze cienkiego jedwabiu, a obok drugi - bury, splot jak w jutowym worku. Ale Grochów? - tak, to inna historia.
Opinia Małgosi o Grochowie jest mocno udokumentowana; obserwacji starczyło na książkę, grzebiącą głęboko w ludzkich sercach i w tym miejscu na mapie Warszawy. Bo co innego pisać, skoro od pewnego czasu chodzi się właśnie tymi ulicami, wdycha się akurat ten zapach spalin, tę wilgotną parę z kuchni wietnamskich budek, patrzy na te baraki i na te bloki, na pustkę. Słucha się piania koguta z tego, w końcu grochowskiego, kurnika. Niby piętnaście minut tramwajem od centrum, gdzie Versace i Boss, meksykańskie tacos i francuskie przegrzebki świętego Jakuba, mercedes limuzyna i terenowe bmw. Lecz nawet straż miejska tu jakaś inna.
Czasem Małgosia buntuje się i mówi, że obrazki z ronda Wiatraczna - Wiatraka - albo z placu Szembeka można zobaczyć również przy metrze Wilanowska, niemalże w sercu Mokotowa, gdzie biurowce z recepcjami i apartamentowce w marmurach, pyszne wille i prawdziwa galeria handlowa z multikinem. Lecz zdaje mi się, że mówi tak, by obronić miejsce, gdzie mieszka, choć bez dwóch zdań ma rację; przy metrze Wilanowska można zobaczyć o wiele za wiele.
Kiedy proszę: "Opowiedz, Małgosiu, jakąś grochowską historię", mówi: - Idzie naprzeciw mnie pani, jak moja ciocia, ubrana, włosy blond, make up, torba z zakupami. Przechodzi obok i szczeka, po prostu, jak pies jakiś. Wariatka bez wyglądu wariatki.
Ja na to, że nie wierzę, by była to historia tylko z Grochowa. Bo i nie jest. Lecz co poradzić, że przytrafiła się akurat na Grochowie? Nic.
Bo na Grochowie jak jest pusto, to dopiero pusto. Tłok też jest naprawdę gęsty. Z siłowni wyjdzie strzaskana na heban dziewczyna: tapeta, pępek na wierzchu, brzuch goły, choć jeszcze zimno i rano. Kobiety z Kaukazu wieszają na płocie "nastajaszcze brajtszwance". Ściana pokryta graffiti: Roman Dmowski, ojciec Polaków, Legia King, jebać Polonię. Jak na Grochowie jest strasznie, to bardzo strasznie, bez stanów przejściowych. Budy są bardziej budowate, a bloki - bardziej blokowe. Dziury w jezdniach to dopiero dziury, głębokie, bez dna. Przed szkołą dzieciaki rzucają ostatnie śnieżki w uliczny billboard; trzeba babie trafić w pępek, ha, ha, ha, co się japisz, dziadu. Wyzywający makijaż w godzinach przedpołudniowych właśnie tu naprawdę wyzywa. Tleniony blond jest też jakoś inaczej tleniony. Koafiura utrwalona lakierem to koafiura stuprocentowa. Zmarszczki to zmarszczki, a zaszczane spodnie lumpa są zaszczane tak jak nigdzie indziej.
Powtórzmy - wszystko to piętnaście minut tramwajem od europejskiego centrum. Ktoś powiedział, że to miejsce poza zmianami ostatniego dwudziestolecia. Chyba nie miał racji, bo zmieniło się tu. I to jak.
- Chodźmy, Małgosiu, na spacer - zaproponowałem.
- OK. Wiatrak. Godzina jedenasta. Pod Astorią.
*** Moja babcia lubiła tu przychodzić. A ponieważ trzeba było ze mną coś zrobić, brała i mnie. Wbrew, bo wolałem pstrykać kapsle na wyrysowanych kawałkiem cegły trasach Wyścigu Pokoju. To nie było daleko, ze trzy przystanki. Niejasne uczucie, że idę w miejsce, skąd nie jestem i nie chciałbym być. A więc: bruk zamiast asfaltu. Gołębnik: zasrana buda z desek podczepiona pod parterowy barak, czarniawa papa na dachu, druciana siatka. Kapliczka w podwórku. Pijany na ławce, a przecież jest dopiero co po szkole. Domeczki miast domów. Chłop z furmanką na zabłoconym targowisku. Chleb w wielkich, zielonych liściach chrzanu (akurat lubiłem ten chleb, grubo z masłem i z rzodkiewką), prosto ze wsi. I te kury, łapy żółte od tłuszczu, lecz często gęsto jeszcze w pierzu, za to z krwawą szyją, bez głowy.
- Na wiele te kury, pani kochana? - pytała babcia.
- Stare jakieś.
- Stare? Złociutka, jakie stare?
A ja wiedziałem, że mówi się: po ile?
Mieszkały tu dwie moje ciocie; obie robiły
sałatki jarzynowe i podawały ogórki w occie. Na imię miały tak samo. Jedna miała brata, który uwierzył czerwonym, więc z tej naiwności zawitał do rodzinnego domu dopiero po zsyłce, w pięćdziesiątym szóstym, choć wcześniej był pierwszym pistoletem konspiracji w podwarszawskim miasteczku. Druga też miała brata; też uwierzył, więc został ubowcem, szeregowym, w imię szczęścia proletariatu; był tam akurat do pięćdziesiątego szóstego. Który z nich po pięćdziesiątym szóstym bardziej pił, nie wiem, bo to akurat przede mną ukrywano. Ale umarli na to samo, tak samo purpurowi na twarzach. Jednak - pamiętam - po tych grochowskich wizytach babcia była dziwnie radosna.
Kura jak trzeba, choć stara, chleb pyszny, swojski, nie z jakiegoś wss-u. Obie ciocie przeplotkowane do spodu.
I ten klimacik miasta nie miasta, bazaltowego bruku i piachu, atmosferka bazaru, gdzie wypada się targować, choć wokół socjalistyczne ceny ustalone urzędowo i odgórnie. Zapach końskiego łajna, ubrania przechodniów jakieś inne, bardziej liche, prowincjonalne. Inny pośpiech, niespieszne pijaństwo, melancholia zaułków, wszystko na ludzki, cichy wymiar.
Dla mnie "ciepłe lody" - wafelkowo-słodkie paskudztwo, najlepsze na świecie. Grochowski fryzjer z alei Waszyngtona strzygł "na Kennedy'ego" (prawie łyso plus nieco dłuższa grzywka), co z fryzurą prawdziwego Kennedy'ego nie miało nic wspólnego. Ale o tym Małgosia nie ma pojęcia; urodzi się niemal ćwierć wieku później.