Krakowska prokuratura ściąga akta niewyjaśnionych zabójstw z całej Polski, za którymi może stać prosty plantator truskawek z podkieleckiej wioski.
- To nie kilka czy kilkanaście spraw. Nie chcę podawać dokładnej liczby, ale ofiar było wiele - mówi prowadząca sprawę prokurator Katarzyna Płończyk z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.
Tropy prowadzą do rolnika Tadeusza G. i jego szajki.
Z zimną krwią
G. na co dzień uprawiał truskawki. Żona, dwójka dzieci. W niedzielę razem na mszę. Jacek P. - ślusarz, w pracy uchodził za cichego. Wojciech W. mieszkał z rodzicami.
W Małopolsce nazwano ich gangiem zabójców kantorowców. Przez dwa lata z ich rąk zginęło pięć osób trudniących się wymianą walut.
- Nie podchodźcie zbyt blisko, nie rozmawiajcie, strzelajcie "w klatusię", tak by zabrakło im powietrza. Wtedy nie będą się bronić - instruował zabójców Tadeusz G. To on szczegółowo planował każdy skok, dzielił role, przygotowywał broń i drogi ucieczki.
Prokurator: - Od żadnej z ofiar nie żądali wydania pieniędzy. Od razu strzelali, by zabić. Potem przeszukiwali martwych. Postronnych świadków też gotowi byli zabić.
Jerzego P. z Kraśnika zgubił wiklinowy koszyk, w którym nosił posiłki do pracy, bo bandyci liczyli, że będą w nim pieniądze. Kiedy zobaczyli, jak obserwowany przez nich właściciel kantoru w Piotrkowie Trybunalskim podjeżdża pod dom nowiuteńką terenówką, Tadeusz G. powiedział do wspólników: - Właśnie wydał naszą forsę.
G. do końca pozostał bezwzględny i niewzruszony. Nawet w sądzie na trwającym od roku procesie jego i dwóch kompanów pytany, czy przyznaje się do zabójstw, stwierdził niewzruszenie, że w "niektórych przypadkach akurat był w pobliżu, ale z zupełnie innych powodów". Jego wspólnik Wojciech W. (z jego ręki zginęło trzech kantorowców) milczał jak grób.
Sumienie zabójcy
G. i jego kompanów policjanci tropili przez dwa lata. Po zabójstwie w Myślenicach zimą 2007 r. Zbigniew Stawarz, komendant nadzorujący sprawy kryminalne, sam pojechał na oględziny miejsca zbrodni.
- Tam zrozumiałem, że mamy trzy tygodnie, żeby ich dopaść. Inaczej znowu poleje się krew. Stało się jasne, że będą nadal zabijać. Ograniczały ich tylko pory roku: atakowali, gdy szybko się ściemniało - mówi Stawarz. Zabójstwo w Myślenicach było ostatnim. Policjantom udało się namierzyć sprawców.
Mordercy siedzieli za kratkami, ale Stawarzowi i prokuratorom sprawa nie dawała wciąż spokoju. Tuż po zatrzymaniu komendant mówił, że lista ofiar może być znacznie dłuższa. - Tak bezwzględne zabójstwa rzadko zdarzają się na tle rabunkowym. Zazwyczaj dochodzi co najwyżej do pobicia ofiary. Oni od razu strzelali z bliska. Musieli mieć dłuższą przeszłość kryminalną, bo amatorzy nie wytrzymaliby napięcia - tłumaczy dziś Stawarz.
Sprawą już się nie zajmuje (jest dzisiaj zastępcą szefa opolskiej policji), ale tym tropem poszli policjanci z kieleckiego Archiwum X zajmujący się niewykrytymi zbrodniami oraz prokurator ścigający kantorowców. Śledczy mieli bowiem zeznania Jacka P. - jednego ze skruszonych bandytów. P. w śledztwie ze szczegółami opowiedział nie tylko, jak zabijali, ale też jak zacierali ślady. Chodziło o broń. Przestępcy posługiwali się tymi samymi pistoletami od lat 90. Przez lata je modyfikowali, by policja nie trafiła na ich ślad. - Gdy pocisk przechodzi przez lufę, zarówno na nim, jak i na niej pozostają charakterystyczne ślady. Stąd porównując na przykład łuskę z bronią, można dojść, czy z niej oddany był strzał - mówi ekspert od balistyki.
Prokuratura nie miała co prawda żadnego pistoletu, z którego zabito właścicieli punktów wymiany walut, ale szczegółowe zeznania P. i wiedzę, jak działali zabójcy. Te tropy doprowadziły do kolejnej sprawy, tym razem sprzed 18 lat.
Fałszywe tropy
W czwartkowy wieczór 19 września 1991 r. oficer dyżurny kieleckiej straży pożarnej dostał sygnał o pożarze w lesie w Cedzynie. Policjanci znaleźli płonącego moskwicza i zwłoki trójki Ukraińców. Ustalono, że jadąc do Lublina, zatrzymali się na leśnym parkingu na kolację. Zginęli z broni kalibru 9 mm.
- Przyjmowaliśmy, że może chodzić o porachunki mafijne. Grupa policjantów i prokuratorów pojechała na Ukrainę, ale ta hipoteza szybko runęła - mówi Jacenty Frydrych, ówczesny komendant policji w Kielcach. Po dwóch latach śledztwo umorzono. Policjant do dziś ma przed oczami piękną twarz Ukrainki Żanny okaleczoną przez zabójców.
Potem zbrodnię prokuratura w Katowicach przypisała grupie Janusza T. ps. "Krakowiak" - bossowi śląskiego podziemia przestępczego. Jego gang miał na koncie zabójstwa na tle rabunkowym na południu kraju. I "Krakowiak" dostał nawet w tej sprawie zarzuty. Być może dziś odpowiadałby za okrutny mord przed sądem. Ale uratował go postęp w badaniach genetycznych.
DNA pogrążyło zabójców
Na zwłokach 24-letniej Ukrainki policjanci w 1991 r. znaleźli ślady biologiczne. Podejrzewano, że mogą pochodzić od zabójców, ale wtedy nie mieli możliwości ich sprawdzenia. - Nie było jak dziś takich badań, genetyki - tłumaczył "Gazecie" Jacenty Frydrych. W ciągu ostatnich kilku lat metody porównania kodu DNA stały się standardem w śledztwach. Wrócono do śladów znalezionych w Cedzynie. Okazało się, że profil DNA nie pasował do "Krakowiaka". Katowicka prokuratura, która wówczas prowadziła śledztwo przeciwko śląskiemu gangsterowi, musiała tę sprawę umorzyć. Kto więc zabił?
- Sprawa naprowadziła nas na kantorowców - opowiada jeden z krakowskich śledczych.
Ukraińcy zginęli od strzału z bliskiej odległości, a w taki sam sposób zabijano właścicieli kantorów. Był jeszcze jeden trop. Znalezione obok zastrzelonych Ukraińców łuski razem z opisem przeróbek broni używanej przez zabójców zdradzonym przez skruszonego bandytę wysłano do biegłych od balistyki. To był strzał w dziesiątkę. Wystarczyło jeszcze porównać kod genetyczny z profilem DNA Tadeusza G. Pasował!
- Ofiary miały ze sobą towar i pieniądze, bo do Polski przyjeżdżały na handel. Dziś wiemy, że to mogło być motywem zabójstwa - mówi Katarzyna Płończyk.
Wiadomo już, że krąg zabójców jest większy niż trójka osób zasiadających na ławie oskarżonych w Krakowie. Razem z hodowcą truskawek zarzut potrójnego zabójstwa dostał Stanisław T., ostatnio związany z grupą przestępczą, która ma na koncie zabójstwa, napady z bronią w ręku na tiry. Drugi były wspólnik G., odpowiedzialny za broń, też siedzi w więzieniu.
Ile jeszcze osób pogrąży przeszłość Tadeusza G. i krew ilu osób ma na rękach plantator truskawek z Kieleckiego? O tym śledczy na razie milczą.
Źródło: Gazeta Wyborcza