Nad
papieżem zawisło drugie w ostatnich dniach podejrzenie o udział w tuszowaniu przestępstw pedofilskich lub takie prowadzenie kościelnych procedur karnych wobec księży, by chronić w pierwszej kolejności dobre imię Kościoła. Wczorajszy "New York Times" opisał historię księdza Lawrence'a Murphy'ego, który wykorzystywał seksualnie co najmniej dwustu uczniów szkoły dla głuchoniemych w St. Patric w stanie Wisconsin w
USA. Niepełnosprawne dzieci długo nie potrafiły poskarżyć się nikomu spoza szkoły i internatu, bo nawet podczas spowiedzi za pomocą języka migowego lub pisma spotykały ks. Murphy'ego.
Sprawa zaczęła wychodzić na jaw w połowie lat 70., ale
policja zlekceważyła kilka doniesień, a miejscowy biskup albo nie uwierzył w nie, albo postanowił milczeć dla "dobra diecezji". Jedyną konsekwencją dla pedofila było przeniesienie do innej diecezji, gdzie dalej pracował z dziećmi i młodzieżą.
O bardzo poważnych podejrzeniach wiedziało m.in. trzech kolejnych biskupów Wisconsin, ale dopiero abp Rembert Weakland z Milwaukee napisał w tej sprawie do Watykanu w 1996 r. Nie miał już wątpliwości co do przestępstw ks. Murphy'ego, bo ten w poufnych rozmowach z kościelnymi pracownikami wyznał swą winę.
Kongregacją Nauki Wiary, która zajmuje się skargami na księży, kierował wówczas kard. Joseph Ratzinger. Nie odpowiedział osobiście na doniesienia z USA, ale jego zastępca bp Tarcisio Bertone (obecny sekretarz stanu w Watykanie) miał - jak wynikało z dokumentów uzyskanych przez "New York Times" - poprosić amerykańską diecezję o wszczęcie kościelnego śledztwa. Zgodnie z kościelnymi zasadami miało być absolutnie tajne.
"Proszę o pomoc. Jestem schorowany i pokutuję za dawne czyny. Teraz chciałbym dożyć dni jako kapłan" - tak ks. Murphy prosił o pomoc kard. Ratzingera w 1998 r. Bał się wykluczenie ze stanu kapłańskiego. Choć nie doczekał się pisemnej odpowiedzi Ratzingera, to tuż potem bp Bertone w imieniu Kongregacji Doktryny Wiary poprosił amerykańskich biskupów o wstrzymanie śledztwa.
Ks. Lawrence Murphy zmarł cztery miesiące później. Nigdy nie poniósł żadnej kary. Żaden z biskupów, kardynałów czy hierarchów z Watykanu nie złożył doniesienia do prokuratury. Nigdy nie zakazano mu pracy z dziećmi.
- Normy obowiązujące w Kościele nigdy nie zabraniały zgłaszania wykorzystywania nieletnich wymiarowi sprawiedliwości - tłumaczył wczoraj rzecznik Watykanu, choć w dość powszechnej interpretacji obowiązującej wówczas kościelnej instrukcji "Crimen Sollicitationis" milczenie uznawano za naczelną zasadę. To z jej powodu obecny prymas Irlandii kard. Sean Brady w latach 70. wymógł przysięgę milczenia na dwóch ofiarach księży, za co przepraszał przed tygodniem.
- Nie można mówić o tuszowaniu skandalu. Kongregacja dowiedziała się o skargach dopiero w 1996 r. i nie pozostała obojętna. Sprawę umorzono, bo ks. Murphy był umierający - przekonuje watykanista Andrea Tornielli.
Ratzinger zastosował podobną "amnestię" ze względu na wiek także jako papież w 2006 r., kiedy odsunął od pracy duszpasterskiej założyciela Legionistów Chrystusa Marciala Maciela Degollado (molestował chłopców, dziewczęta i kleryków). Z racji wieku nie wszczął też przeciw niemu procesu kościelnego i Degollado nigdy nie został publicznie napiętnowany przez Kościół. - To dowód, że Benedykt XVI dużo mówi, ale niewiele robi. Listy, słowa chronią wizerunek Kościoła, a dzieciom mogłyby pomóc tylko czyny - krytykuje
papieża David Clohessy z amerykańskiej organizacji ofiar księży SNAP.
Fala skandali pedofilskich, które zalewają europejski Kościół, skłania media do dokładnego przyglądania się działaniom papieża jako biskupa w Niemczech oraz kardynała w Watykanie. "Der Spiegel" powoływał się niedawno na protokoły diecezji monachijskiej mające dowodzić, że kierujący nią kard. Ratzinger uczestniczył w spotkaniu w 1980 r., na którym postanowiono przyjąć do diecezji księdza pedofila z Essen, skierować go na terapię, ale bez zakazu pracy duszpasterskiej.
Sęk w tym, że tajność kościelnych procedur, brak obowiązku zawiadamiania prokuratury przez biskupów (tak jest i dziś) oraz podejrzenia o wyolbrzymianie oskarżeń pedofilskich przez "wrogie media" były kościelną normą do lat 2003-04. Często szczere przeświadczenie, że "rozgłos" (czyli jawność) nie przysłuży się uzdrowieniu Kościoła, można odnaleźć w dawnych działaniach
Jana Pawła II - w przypadku wiedeńskiego kard. Hansa Groera w 1995 r., Ratzingera i innych rzymskich kardynałów.
Obecny papież dojrzał do zmian dopiero wskutek afer pedofilskich w USA, które wybuchły w 2002 r. Wtedy przekonał się, jak obawa przed rozgłosem szkodzącym także ofiarom przeradza się w krycie przestępców. Choć wypowiedzenie pedofilii w Kościele ostrej walki jest jedną z największych zasług tego pontyfikatu, to niewykluczone, że jego "mea culpa", czyli publiczny żal za udział w dawnych błędach biskupów, dodałby mu wiarygodności w walce o czysty Kościół.