Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Zaczęło się i u nas. W Warszawie Liga Muzułmańska RP buduje meczet i ośrodek kultury. A stowarzyszenie Europa Przyszłości okleiło Warszawę plakatami: "Stop meczetowi radykałów w Warszawie". Na plakacie czarna sylwetka ukryta w burce, w tle strzelają w górę groźne bagnety meczetów. Jest naprawdę groźnie.
Mamy w Polsce trzy meczety, dwa tatarskie na Podlasiu, jeden w Gdańsku. Jest jeszcze sala modlitw w Warszawie, która nie wystarcza społeczności muzułmanów szacowanej na 10 tys. wiernych. Wyobraźmy sobie, że 10 tys. polskich katolików ma do dyspozycji jedną niewielką świątynię. Czy byłoby to słuszne i sprawiedliwe?
Polska konstytucja gwarantuje wyznawcom islamu, i innych religii, wolność kultu. To daje im prawo do wybudowania meczetu.
Muzułmanie w Polsce to zaledwie 0,06-0,08 proc. ludności. W większości są przybyszami z krajów arabskich, traktują nasz kraj jako tranzytowy, marząc o osiedleniu się na bogatszym Zachodzie.
I tak dopadły nas jednak antyislamskie lęki, z którymi boryka się zachodnia Europa. W Szwajcarii za poduszczeniem populistycznej Szwajcarskiej Partii Ludowej w zeszłym roku w referendum przegłosowano zakaz wznoszenia minaretów przy meczetach. To zakaz jawnie niedemokratyczny, symboliczna kastracja, która ma islam upokorzyć i pozbawić go groźnej siły.
We Włoszech Liga Północna wymyśla coraz to nowe projekty ustaw ograniczających wolność wyznania. A to meczet powinien stać co najmniej kilometr od najbliższego kościoła i synagogi (pożre je?), a to trzeba wprowadzić moratorium na budowę nowych.
Sprzeciw budziła nawet idea budowy meczetu w Słowenii, gdzie korzystaliby z niego przede wszystkim - wydawałoby się swojscy - słowiańscy Bośniacy.
Polski protest może się wydawać na tym tle groteskowy. We Włoszech jest już milion muzułmanów i 250 meczetów. W Wielkiej Brytanii - około półtora miliona. Zachodnioeuropejskie państwa mają problemy i z islamskim fundamentalizmem, i z terroryzmem, który potęguje lęk i stereotypy. Zapomina się o wysiłku europejskich imamów, teologów i wiernych, żeby znaleźć taką formułę religii, która pozwoli wyznawcom islamu integrować się ze starymi społeczeństwami Europy, z wymogami demokracji i równości płci. Zapomina się też, że w kolejnych pokoleniach europejscy muzułmanie ulegają sekularyzacji.
W ostatniej "Gazecie Świątecznej" Piotr Buras rozmawia z holenderskim socjologiem Paulem Schefferem, który bada bolesne rozdarcie zachodnich społeczeństw wywołane przez masową imigrację z Azji i Afryki. Scheffer jest ostrożnym optymistą: "W tej fazie konflikt jest rzeczą normalną. To część historycznego procesu, który można było obserwować na przykładzie imigracji w Stanach Zjednoczonych. Na początku zawsze jest faza uników, segregacji i wzajemnego odseparowania się od siebie przybyszów i miejscowych. To był sposób na unikanie konfliktów. Ale w pewnym momencie ta strategia przestaje funkcjonować". Jego zdaniem starzy i nowi Europejczycy są skazani na to, żeby dobrze ułożyć sobie stosunki. Społeczeństwo otwarte obroni się przed zagrożeniem, do jakiego prowadzi ograniczanie wolności "innych" w imię obrony własnej wolności i standardów demokracji negowanych przez radykalnych muzułmanów.
Jednak Polsce nie grozi masowa imigracja wyznawców islamu. Tym bardziej działania Europy Przyszłości powinny budzić oburzenie. Nie tylko dąży ona do ograniczenia praw mieszkających w Polsce muzułmanów, w tym obywateli naszego kraju, ale również wytacza ksenofobiczne armaty przeciw tak słabemu przeciwnikowi, że wstyd jest dodatkowy.
Twierdzi, że nie chce dopuścić do utworzenia na polskiej ziemi rozsadnika groźnego radykalizmu. Głównym sponsorem meczetu i ośrodka jest bowiem prywatna osoba z Arabii Saudyjskiej, a wyznawana tam wahabicka odmiana islamu jest tradycyjna, rygorystyczna i nastawiona na prozelityzm. No cóż, Liga Muzułmańska RP jest w prawie, by budować meczet za saudyjskie pieniądze. Nie oznacza to, że wszystkich tam się modlących automatycznie przerobi się na wahabitów.
Za to protest przeciw budowie meczetu na pewno będzie rozsadnikiem groźnych lęków. Pozostaje mieć nadzieję, że nie zakorzenią się one w naszym społeczeństwie. Nawet nie z powodu naszej demokratycznej dojrzałości, tylko dlatego, że "problem" z islamem jest marginalny.