"Żyję w strachu, że obudzę się, leżąc bez ruchu i możliwości komunikowania się" - opowiadał kilka dni temu dziennikowi "Svenska Dagbladet" Lars-Olov Hammergard. Ten 70-letni mężczyzna od czterech lat chorował na stwardnienie zanikowe boczne. Choć jego umysł pracował normalnie, ciało stopniowo odmawiało posłuszeństwa.
Ostatnio stan zdrowia mężczyzny bardzo się pogorszył i dlatego w poniedziałek poprosił agencję o zgodę na wspomagane samobójstwo, które mógłby popełnić w asyście swego lekarza. Wczoraj okazało się, że pacjent nie chciał czekać na odpowiedź agencji, która miała nadejść w przyszłym tygodni. I we wtorek, zgodnie z pogróżkami, jakie kierował pod adresem rządowych ekspertów, odebrał sobie życie.
Przypadek Hammergarda, a także 31-letniej kobiety podłączonej od 6. roku życia do respiratora, która napisała podobną prośbę o eutanazję, ożywiła szwedzką debatę o śmierci na życzenie. Zgodnie ze szwedzkim prawem w krytycznych przypadkach lekarze mogą przestać leczyć nieuleczalnie chorego pacjenta na jego prośbę, np. odłączając go od aparatury podtrzymującej życie. Problem w tym, że nie zawsze można orzec, że stan pacjenta jest beznadziejny i nie rokuje żadnych nadziei na poprawę.
Źródło: Gazeta Wyborcza