Że w Polsce Olgi już nie ma, podejrzewali wszyscy. Co by tu miała jeszcze robić? Białostocka policja poszukuje jej na wniosek prokuratury od października ubiegłego roku. Pewnie jest już w Austrii, na tamtejszym portalu matrymonialnym zarzuca wędkę na męża do sześćdziesiątki...
Ano nie. Powiadają, że najciemniej jest pod latarnią. I prawda. Olga Sołomenik wróciła do siebie, do białoruskiej wioseczki Brzostowica Mała, w której się urodziła. Raptem parę kilometrów za wschodnią granicą. Wioska, że pożal się Boże: dwa zakręty i parę "bloków" z płyty, odrestaurowany kościół, cerkiew, pozostałości dworskiego parku. Znana jest chyba tylko z masakry, "rżnięcia polskich panów" - we wrześniu 1939 roku komunistyczna żydowsko-białoruska bojówka wymordowała mieszkających tam Polaków.
43-letnia Olga po aferze, jaka wybuchła w Polsce wokół niej, nie zmieniła tożsamości. I choć z oporami, to zgodziła się na rozmowę.
- Święcie jestem przekonana, że gazeta i tak napisze to, co chce - broni się na początku przez telefon. Mówi dobrą polszczyzną, z kresowym zaśpiewem. Widać zabolało ją to, o czym niedawno trąbiły wszystkie polskie media. Że agentka Łukaszenki, że wysysała informacje z zadurzonego w niej funkcjonariusza
ABW. - Cała ta sprawa jest śmieszna - wybucha. - Wszystko opowiem. Jak wasze służby działają, do czego są zdolne, za co pieniądze biorą. Wszystko.
Taka mała, taka dzielna Olga ma przyjaciółkę "z piaskownicy" - Ałenę Ł. - prawie w tym samym wieku, słusznej postury, energiczną, nie jakąś tam wątłą liliję. W 2000 roku razem zapisały się do Związku Polaków na Białorusi. Przyjmował je ówczesny prezes miejskiego oddziału ZPB w Grodnie Tadeusz Kruczkowski. Dziś ma zakaz wjazdu do Polski, podejrzewany o kontakty z białoruskim KGB. W 2005 r. w Związku nastąpił rozłam, "proreżimowcy" Kruczkowskiego nie uznali nowych władz - Andżeliki Borys - i schronili się pod skrzydłami Łukaszenki. Nasze służby twierdzą, że mają dowody wykorzystywania rozłamowego ZPB przez białoruskie służby specjalne do zbierania tajnych informacji w Polsce.
Olga pierwszą wizę dostaje w marcu 2001 r. Parę razy, na krótko, przyjeżdża z przyjaciółką do Białegostoku. Razem zakładają tu w lutym 2002 r. spółkę, w sierpniu rejestrują ją w KRS-ie. Każda z pań wnosi po 25 tys. zł kapitału zakładowego. Najpierw firma działa na ul. Waszyngtona, potem zmienia adres, by w końcu wybrać lokal na pierwszym piętrze "rzemieślnika" przy Pietkuna, na osiedlu TBS-y. Ałena wynajmuje mieszkanie parę bloków dalej. W dwóch pokojach meldują się razem, z niepełnoletnim wtedy synem Olgi. To zresztą ciekawa historia, bo komisja przyznała kobiecie mieszkanie już na drugi dzień od złożenia wniosku, mimo iż nie spełniała podstawowych kryteriów - dwuletniego okresu przebywania bądź pracy w Polsce. Ówczesny prezes Komunalnego Towarzystwa Budownictwa Socjalnego tłumaczy się, że choć pod decyzją o przydziale mieszkania widnieje jego podpis, to podjęło ją zgromadzenie wspólników.
Olga i Ałena to już białostoczanki pełną gębą. Sąsiedzi zauważają parkujące pod oknami auta na białoruskich numerach i złego słowa o lokatorach nie powiedzą. Zawsze cichutko, spokojnie. W firmie na literę M - też cicho. Właścicielom sąsiadujących lokali usługowych wyda się to później ciut podejrzane, ale każdy zajęty własnymi sprawami, kto by tam dociekał, czym oni handlują. Bywa, że w ciągu dnia nie ma nikogo, listonosz poczty nie ma komu doręczyć, podrzuca sąsiadom, a ci przekazują Białorusinkom. Normalnie, trzeba ludziom pomagać, zwłaszcza że jedna z kobiet taka ładna, zgrabna, miła.
- Przychodziła do mnie na rybki popatrzeć, odstresować się - rozpływa się w uśmiechu właściciel sklepu zoologicznego. To o Oldze.
Dzięki osobistym kontaktom z biznesmenami spółka kwitnie.W grudniu 2003 roku Olga jako prezes firmy wspiera już akcję "Dla dzieci Szczecina", przekazując wędliny dla domu dziecka. Firma "M" jest oficjalnym przedstawicielem zakładu przetwórstwa mięsnego spod Ostrołęki, stąd wędliny. Olga deklaruje poza tym regularne wsparcie finansowe akcji. Cegiełki na rzecz jej podopiecznych rozprowadza między klientami i kontrahentami z Grodna.
- Wspierali remont domu jednego z wychowanków - wyjaśnia Olga Oczkowska-Fiuk, koordynatorka akcji, szefowa szczecińskiej fundacji. - Żadnych nieprzyjemności z tytułu tej współpracy nie mieliśmy, to był gest dobrej woli. Ta firma zgłosiła się do nas, bo akurat w Zachodniopomorskiem miała rynki zbytu.
Pozytywny PR jest potrzebny Białorusinkom - rozszerzają działalność. Poza pośrednictwem w handlu wędlinami, zabierają się za skupowanie słomy od podlaskich rolników, by potem sprzedawać ją w Danii jako pokrycie dachów. Jak ustalili dziennikarze Radia Białystok, w tym czasie rosły długi firmy. Olga i Ałena miały wyłudzić 400 tys. zł od firmy spod Ostrołęki prowadzonej przez dwóch braci - nie zapłaciły za towar. Naciągnęły też mieszkającego w Białymstoku biznesmena z Rosji, który zainwestował w "M" 8 tys. euro i ani wkładu, ani tym bardziej zysków nie zobaczył.
W międzyczasie Olga poznaje o trzy lata od niej starszego Roberta R. Po studiach technicznych mężczyzna poszedł do pracy w
UOP. Dowcipny, dusza towarzystwa, ale ze znajomymi o pracy nie rozmawiał nigdy. Wszyscy twierdzą, że wyglądał na szczęśliwego w niedawno zawartym małżeństwie. Do jego obowiązków jako analityka w białostockiej delegaturze ABW należało weryfikowanie kart pobytu obcokrajowców. Tak poznał Olgę. Czy od razu wpadł po uszy? Nic by nie było w tym dziwnego. Metoda stara jak świat działa bez pudła: taka jestem mała kobietka, broń mnie. Sama, w obcym kraju, za Białorusinami tu nie przepadają, a zobacz, jak dobrze sobie radzę. Do tego szczupła talia, zawadiacka grzywka i szczery uśmiech...
Tajne przez poufne W 2008 roku Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zainteresowała się parą. Wydało się. Świat dowiedział się o nich dwa lata później. Na początku marca br. opublikowano 58-stronicowy raport z działalności agencji za 2009 rok. Jego zawartość raczej rozczarowuje, poza "smakowitym" kawałkiem o podwójnym agencie. Kapitana Roberta R. z białostockiej delegatury Agencji miała zwerbować obywatelka Białorusi Olga Sołomenik. Na ten trop - według naszych źródeł w ABW - trafiono w prosty sposób.
- Zaczął się interesować rzeczami, które nie wchodziły w zakres jego obowiązków. Gdy skopiował dane, które nie dotyczyły spraw, nad którymi pracował, uruchomiły się wewnętrzne mechanizmy kontrolne. Dosyć szybko ustalono, z kim się kontaktuje i komu je przekazał - tłumaczy oficer z centrali ABW. Co to za dane - nie chce powiedzieć.
Robert R. został zatrzymany w lutym 2008 roku i oskarżony o "działanie na rzecz obcego wywiadu". Od tamtej pory siedzi w areszcie. Kiedy przestał się pojawiać w towarzystwie, żona tłumaczyła wszystkim, że wyjechał.
Zarzuty wobec Roberta R. są poważne - ujawnienie informacji obcemu wywiadowi oraz złamanie tajemnicy państwowej i służbowej. Grozi mu do 15 lat więzienia. Proces przeciwko niemu toczy się od grudnia 2009 roku, jest całkowicie utajniony. Sędziowie, prokuratorzy, policjanci nabierają wody w usta. Sprawa jest megatajna.
- Ma zarzut współpracy z obcym wywiadem, ale tak naprawdę może z tego tylko zostać zarzut ujawnienia tajemnicy państwowej - mówi nam oficer ABW.
- Czy to znaczy, że nie musiał wiedzieć o współpracy Olgi ze służbami białoruskimi?