Najnowsza bitwa między Berlusconim a włoskim wymiarem sprawiedliwości zaczęła się od kanapki z szynką parmeńską, której zachciało się Alfredowi Milioniemu, gdy 27 lutego stał w kolejce do komisji wyborczej, aby zarejestrować tam listę kandydatów partii premiera Lud Wolności (PDL) w wyborach regionalnych w Lacjum (region ze stolicą w Rzymie).
Milioni poszedł kupić kanapkę, zagadał się z kolegami i zapomniał wrócić do komisji. Sęk w tym, że był to ostatni dzień rejestracji kandydatów, więc wskutek nieroztropności tego byłego kierowcy autobusu partia Berlusconiego straciła szanse na odbicie Lacjum z rąk centrolewicy w wyborach 28 i 29 marca.
Wprawdzie premier, któremu opozycja od lat zarzuca tworzenie ustaw na swój użytek, błyskawicznie napisał dekret uchylający żelazne terminy rejestracji list partyjnych i uzyskał pod nim podpis prezydenta Giorgia Napolitana, ale po kilku tygodniach prawniczych batalii dekret upadł przed sądami zarzucającymi mu sprzeczność z prawem regionalnym oraz konstytucją. - Spisek! Lewicowi sędziowie chcą być mądrzejsi od wyborców. Chcą nam odebrać zwycięstwo w Lacjum - perorował Berlusconi.
Podgrzewaniu bitewnej atmosfery sprzyjały też kłopoty PDL w Lombardii, skąd wywodzi się Berlusconi. Nad listami jego partii długo wisiało tam niebezpieczeństwo wykluczenia z wyborów za podejrzane podpisy pod poparciem partii premiera, ale lombardzki Lud Wolności ostatecznie wybronił się przed mediolańskim sądem administracyjnym.
Jednak z racji tych problemów premier, który początkowo zamierzał wykorzystywać w kampanii przede wszystkim status "niewinnej ofiary opozycji" po ataku szaleńca w grudniu 2009 r. (rzucił w premiera turystycznym suwenirem), kolejny raz postawił na mobilizowanie elektoratu wokół haseł walki z "knującymi przeciw prawicy" sędziami i prokuratorami.
Ten stary chwyt, który Berlusconi stosuje zawsze, gdy przychodzi mu bronić się przed podejrzeniami korupcyjnymi, na razie nie jest nazbyt skuteczny. Popularność rządu spadła ostatnio z 50 proc. (w grudniu) do 38 proc., a notowania premiera z ponad 50 proc. do 45 proc. - Włosi nas kochają. Mamy 70 proc. poparcia! - zapewnia Berlusconi, tradycyjnie powołując się mityczne, nieznane mediom sondaże.
Najbliższe wybory regionalne obejmą 13 spośród 20 regionów Włoch. W 11 z nich rządzi opozycyjna centrolewica, a koalicja Berlusconiego spodziewała się, że łatwo odbije władzę pięciu z nich. W Lacjum już się nie uda, więc walka toczy się już tylko o cztery regiony.
Źródło: Gazeta Wyborcza