http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Autoportret rodzinny

Jakub Janiszewski, TOK FM
2010-03-27, ostatnia aktualizacja 2010-03-23 11:35

''Fag Fighters'', film z 2007 r.
''Fag Fighters'', film z 2007 r.
Fot. MATERIALY ORGANIZATOROW

Babcia wybrała rolę fanatyczki religijnej, ja rolę rozbuchanego artysty eksplorującego tematy pedalskie. Rozmowa z Karolem Radziszewskim, malarzem i performerem

''Portret rodzinny'', 2007: - Na tym obrazie stoi cała moja rodzina i ja z zasprejowaną na różowo gębą
''Portret rodzinny'', 2007: - Na tym obrazie stoi cała moja rodzina i ja z...
Karol Radziszewski, malarz i performer
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
Karol Radziszewski, malarz i performer
Kim byłeś przed studiami na ASP?

- Maminsynkiem i babcisynkiem. Miałem raczej samotnicze dzieciństwo, słaby kontakt z rówieśnikami. W liceum nie słuchałem muzyki rozrywkowej, tylko chodziłem do filharmonii. Prawie żadnych kolegów, przyjaźniłem się tylko z dziewczynami. Nie lubiłem szkoły, ale zawsze dobrze się uczyłem. Nie piłem alkoholu, nie paliłem papierosów.

Od dziecka rysowałem. Batmana, limuzyny oraz liczne królewny i suknie wieczorowe. Bawiłem się lalkami, a babcia według moich projektów szyła dla tych lalek sukienki. Nawet jak teraz to opowiadam, to widzę, że już wtedy te moje fascynacje układały się w nieco glamourowy świat.

I to nikogo nie niepokoiło?

- Babcia od strony mamy, z którą dużo czasu spędzałem jako dziecko, była tym zachwycona. Niech siedzi w domu, niech rysuje, niech czyta.

Po latach gdzieś wyczytałem, że dzieci wychowywane przez dziadków często stają się bardziej zachowawcze, boją się. Ja jak miałem pójść do sklepu, żeby sobie kupić słodycze, to wolałem w ogóle ich nie zjeść, niż gdziekolwiek chodzić.

A te lalki?

- Prosiłem brata, żeby strzegł tej życiowej tajemnicy, że się bawię lalkami, bo gdyby to wyszło na jaw, tobym się spalił ze wstydu, nie poszedłbym więcej do szkoły. Ale on był lojalny. Miałem podziemny świat rozbudowywany od dziecka. W szkole trzeba chodzić w fartuchu i przypasować albo do łobuzów, albo do kujonów. Nauczycielki cię doceniają, ale w sumie to nie bardzo je szanujesz. Do łobuzów nie należysz, bo jak prawie każdy gej nienawidzisz grać w piłkę, wiecznie cię wystawiają na obronie, a ty się boisz, jak ta piłka leci. Standard. Więc to, że siedzę w domu i mam swój świat, było pewnego rodzaju ulgą i ucieczką. Albo i prawdziwszym życiem. Tak czy owak nie lubię o tym mówić. To jest granie na schemacie ofiary. Nuda. Większość gejów miała tak samo. Jak w tandetnym filmie - wszyscy mówimy to samo, a wszyscy heterycy odpowiadają tym samym: "Ojej, naprawdę? Ależ musiałeś cierpieć!". Nienawidzę tego.

To takie okropne, że wpisujesz się w banał?

- Nie chodzi o banał. Chodzi o to, że nikt wtedy nie może uwierzyć, że ja teraz mam fajnie. Wolę mówić, że jestem teraz szczęśliwy, niż że kiedyś tak nie było.

No więc jak było kiedyś?

- Typowo. Jak już sobie uświadomiłem, że jestem tym pedałem, to zacząłem to od siebie odsuwać. Parę razy nawet zdarzyło mi się publicznie zaprzeczać. Wszyscy myśleli, że jestem zakochany w koleżance, z którą siedziałem w ławce. To wszystko było powiązane z religią, z tym, jak byłem wkręcony w Kościół, chodziłem co tydzień na mszę, jeździłem na spotkania z Ojcem Świętym.

Jak się ujawniłem mamie, to jednym z pierwszych pytań było: co z Kościołem? Odpowiedziałem, że na pewno da się to jakoś pogodzić. Teraz przestałem się nad tym zastanawiać. Nie chodzę do kościoła. Nadal uważam się za katolika, ale jestem też gejem. Myślę, że prawdziwa konfrontacja z tym problemem jest przede mną.

Ciekawe, co się wtedy stanie. Uważam, że kiedy ktoś chce żyć na serio w zgodzie z katolicyzmem, prędzej czy później zaneguje własne ciało.

- Ja miałem tak, że wycinałem zdjęcia chłopaków z "Bravo" i chowałem je w specjalnym pudełeczku, takim grzesznym, potajemnym. Potem nad świeczką paliłem te zdjęcia. Wiem, że to kiczowate, ale wtedy przeżywałem jakieś oczyszczenie. Miałem też etap, kiedy chciałem być księdzem, spędziłem nawet jedno popołudnie w seminarium.

Więc Akademia Sztuk Pięknych była alternatywą?

- Niekoniecznie, bo nawet myśląc o seminarium, cały czas nie chciałem rezygnować z malowania. Chciałem sprawdzić, czy miałbym tam na tyle wolności, żeby tworzyć. Szybko się okazało, że nie, i pomysł upadł. Myśl, że będę artystą, towarzyszyła mi od wczesnego dzieciństwa. Jak miałem sześć lat, to rodzice na moje życzenie zawieźli mnie do Supraśla. Tam było liceum plastyczne, ja sobie wymyśliłem, że będę się tam uczył po podstawówce. Potem wszystko potoczyło się

inaczej, ale to mnie jakoś zdumiewa w moich rodzicach, to, jak oni działają. Chcesz malować - proszę, kupimy ci farby. Chcesz chodzić na lekcje rysunku - OK, znajdziemy ci nauczyciela. Ale to nie znaczy, że byli w to moje malowanie wkręceni. Nie oczekiwali, nie wymagali ode mnie niczego. Natomiast zawsze mnie wspierali. Tata, z tego, co wiem, raczej obawiał się, że nigdy sobie nie poradzę życiowo, że zawsze będę taki pokręcony, odosobniony, zamknięty.

Kiedy przestałeś taki być? Po coming oucie?

- Teraz mnóstwo dzieje się wokół "DIK Fagazine", art magazynu, który wydaję. Ale pierwszą gazetkę zacząłem robić jeszcze w podstawówce, nazywała się "Kurierek". Potem w liceum robiliśmy gazetę "Rysa". Dostaliśmy od szkoły komputer, mieliśmy wydawać kolejne numery, więc trzeba było jakoś wyjść do ludzi albo sprawić, żeby oni przyszli do mnie. Nie chcę brzmieć jak stary dziad, kombatant, ale wtedy zaczęła się moja współpraca z Kubą Dąbrowskim, fotografem, który dzisiaj robi zdjęcia m.in. do "DIK-a". Wtedy jeździł na desce, słuchał hip-hopu i wcale nie było nam do siebie po drodze, ale robiliśmy coś razem.

Źródło: Duży Format
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    28 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':