- Już jest po herbacie, największe "polskie" lotnisko będzie pod Berlinem - twierdzi Adrian Furgalski, ekspert z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.
O centralnym porcie lotniczym w okolicach Warszawy lub Łodzi mówi się od lat. Miałby to być tzw. hub, czyli lotnisko-węzeł skupiające siatkę połączeń dominującego przewoźnika (np. dla niemieckiej Lufthansy takim hubem jest Frankfurt). To stąd cała Polska miałaby latać w świat.
Jednak decyzji nie ma. Po pierwsze, z powodu kosztów (nawet 20 mld zł); po drugie, z powodu analiz mówiących, że ruch lotniczy w Polsce rozwija się wciąż zbyt wolno. Czy centralne lotnisko jest nam w ogóle potrzebne i kiedy? Odpowiedź ma dać raport firmy PricewaterhouseCoopers zamówiony przez rząd Donalda Tuska. Będzie gotowy za kilka tygodni.
- Nie postawiłbym żadnych pieniędzy, że takie lotnisko powstanie - mówi prof. Włodzimierz Rydzkowski, szef Katedry Polityki Transportowej na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Gdańskiego.
Dlaczego? Bo już w maju zawiśnie wiecha na budowie lotniska w Berlinie. Do niedawna działały tu trzy porty: Tempelhof, Tegel i Schönefeld. Tempelhof już zamknięto. Jesienią przyszłego roku jednej nocy staną Tegel i Schönefeld - i zacznie działać nowy port.
To dziś jeden z dziesięciu największych placów budowy w Europie. Kosztem ponad 3,2 mld euro lotnisko powstaje na obszarze blisko 1,5 tys. ha. Kolejne setki milionów wydadzą koleje Deutsche Bahn na nowy dworzec i tory. Rząd federalny zbudował już w okolicy nowe drogi, m.in. sześciopasmową autostradę do berlińskiej obwodnicy.
Lotnisko z dwoma pasami startowymi będzie początkowo obsługiwać 21-22 mln pasażerów rocznie, z możliwością wzrostu nawet do 45 mln. To cztery razy więcej, niż może obsłużyć warszawskie Okęcie. Dziś z Berlina ponad 80 przewoźników lata do ponad 170 portów lotniczych na kilku kontynentach. Berlin ma ambicję stać się bramą na wschód, już oferuje loty do Pekinu i Bangkoku.
- Na inauguracji budowy minister gospodarki Niemiec mówił, że nowe lotnisko powstaje także dla Polaków - przypomina Adrian Furgalski. - Zresztą
Niemcy podbierają pasażerów polskim lotniskom i LOT-owi. Lufthansa ma już 7 proc. udziału w naszym rynku, lata nawet do Rzeszowa.
Co dziesiąty z 21 mln pasażerów odprawianych w Berlinie może pochodzić z Polski. - To szacunki wyłącznie na podstawie tablic rejestracyjnych samochodów na parkingach - mówi Leif Erichsen, rzecznik Berlińskich Portów Lotniczych (BBI). A przecież sporo osób dojeżdża tu autobusami i koleją.
Erichsen jest pewien, że nowe lotnisko będzie oddziaływać na sporą część Polski, tym bardziej że do tego czasu poprawią się połączenia lądowe między naszymi krajami. - W listopadzie 2011 r. będzie ukończona autostrada A2 do Świecka. Są też A4 i A18 pod Wrocławiem. Do tego coraz lepsze połączenia kolejowe - potwierdza Furgalski.
Hanna Surma, rzeczniczka poznańskiego portu Ławica: - Berlin jest wielkim portem przesiadkowym, Poznań tylko portem regionalnym. To tak, jakby porównywać hipermarket i sklep osiedlowy.
Ławica nie tylko nie obawia się Berlina, ale nawet liczy na współpracę i dowożenie tam pasażerów z Poznania.
- Nie sądzimy, by lotnisko berlińskie nam zaszkodziło - mówi Kamil Wnuk, rzecznik warszawskiego Okęcia. Większym pesymistą jest prof. Rydzkowski. - Dla Okęcia zapleczem są dziś lotniska regionalne. Ludzie z Poznania, Wrocławia czy nawet Gdańska będą woleli pojechać do Berlina, który ma znacznie większą ofertę - uważa.
Nowy port w Berlinie oznacza też koniec marzeń Warszawy o centrum przesiadkowym. - Do tego potrzebny jest taki przewoźnik jak Lufthansa, którą lata 40 mln osób rocznie, a nie 4 mln jak LOT-em - mówi prof. Rydzkowski.