Ta opowieść o rozterkach dzieci i młodzieży z Wałbrzycha (pierwsza odsłona) i Świdnicy (druga i trzecia) została zapoczątkowana "Panną Nikt" (1994), znalazła dopełnienie w "Idź, kochaj" (2003), teraz pojawia się "Blady Niko". Bohaterką pierwszego utworu była piętnastoletnia dziewczynka, drugiego jedenastoletni chłopiec, trzeciego zaś dziewiętnastoletni młodzieniec, który wszelako opowiada nam głównie o swojej przeszłości, więc i jego widzimy jako postać niedorosłą.
Wierność tematowi (dojrzewanie w PRL-owskich realiach) oraz prostota środków wyrazu - to cechy charakterystyczne tego pisarstwa. Mimo że proza Tryzny nie jest artystycznie wyrafinowana i problemowo doniosła, bywa na swój sposób urokliwa.
Tytułowy Blady Niko (przezwisko od bladości twarzy Romana, w nawiązaniu do bohatera przedwojennej piosenki) tak jak autor powieści urodził się w roku 1948, mieszkał w latach 60. w Świdnicy, a co najważniejsze - ukształtował swoją wrażliwość oraz wszedł w świat sztuki jako filmowiec amator. Długo szukał dla siebie miejsca, porzucając kolejne szkoły, balansując między światem małomiasteczkowych lumpów a świdnicką bohemą (poeci, malarze i inni powiatowi ekscentrycy).
Narracja jest rozwijana w dwu płaszczyznach. W świecie aktualnym mamy pełen obraz kilku lutowych dni roku 1967: Niko i jego przyjaciele oczekują w napięciu na przybycie tajemniczego gościa z Niemiec, który świdnickiej młodzieży chce podarować wysokiej klasy sprzęt filmowy. Partie retrospektywne wypełnia opowieść głównego bohatera o jego przygodach szkolnych i podwórkowych, o tym, jak pił tanie
wino i obmacywał koleżanki, wdawał się w bijatyki z miejscowymi chuliganami i w utarczki z nauczycielami. Jednak najważniejszą częścią tej opowieści jest historia - jeśli wolno tak powiedzieć - dorastania do sztuki.
Zrazu Blady Niko, jak sam wspomina, chciał zostać mięśniakiem, lekkoatletą i kulturystą. Ale pewnego dnia zobaczył w świdnickim kinie "Pogardę" Godarda. Podczas gdy jego koledzy w ciemnościach sali kinowej "walili konia pod Bardotkę", on zachwycił się kunsztem formalnym wspomnianego obrazu ("U Godarda to kamera chodziła za aktorem, a nie aktor za kamerą"). Z dnia na dzień oszalał na punkcie sztuki filmowej. Na byle jakim sprzęcie zaczął kręcić własne filmiki.
Powieść wypełniają dziesiątki opisów zrealizowanych przez bohatera etiud. Od pewnego momentu Niko zaczyna organizować swój chłopięcy świat na zgoła innych zasadach. Już nie sztubackie przygody czy jabole w krzakach wypite mu w głowie - znajomi są teraz figurami w jego artystycznych planach. Jednym powierza zadania scenariuszowe, innym proponuje role w swoich filmach. Są to w większości - jakbyśmy dzisiaj powiedzieli - projekty wirtualne. Ma to duże znaczenie.
Najważniejszym odkryciem, jakiego dokonuje chłopiec, jest to, iż przy odrobinie wysiłku można znieść granicę między rzeczywistością i zmyśleniem. To go w sztuce najbardziej pociąga, w tym się wyraża - zdaniem Bladego Niko - jej sens.
Jeszcze jako piętnastolatek, dwa lata przed zachłyśnięciem się Godardem, odkrywa u siebie pewną cechę, którą później przyjdzie mu uznać za fundament postawy artystycznej. Oto jego korepetytorka wciąga go w erotyczną zabawę polegającą na tym, że z zawiązanymi oczami rzekomo obcuje z jej piękną córką, swoją rówieśnicą. Blady Niko tak to komentuje: "Śniłem na jawie dziwną bajkę, kochałem się ze swoją wyobraźnią, pieściłem się z dziewczyną, której tak naprawdę nie było". Innymi słowy, artystą jest tylko ten, kto potrafi doznać realności poprzez imaginację, unieważnić granicę między nimi.
Tryzna nie jest literackim czarodziejem, nie mówi niczego, o czym byśmy nie wiedzieli, nie wspominając o tym, że kontakt ze składnią opartą na zdaniu pojedynczym to lekturowa męka. Prościej niż Tryzna pisać się nie da. A jednak jego powieści - zwłaszcza przedostatnią i ostatnią - czyta się ze wzruszeniem. Uczucie to w naszym świecie coraz rzadsze, więc pewnie warto zajrzeć do "Bladego Niko".
''Blady Niko'', Tomek Tryzna, Czarna Owca, Warszawa