W całym kraju trwa właśnie rekrutacja do przedszkoli. Rodzice trzy- i czterolatków denerwują się, bo ich maluchy mają niewielkie szanse na miejsce.
Inne wskaźniki
MEN i dane
GUS napawają jednak optymizmem. W ciągu czterech ostatnich lat liczba dzieci chodzących do przedszkola znacząco wzrosła - z 41 proc. w 2006 r. do prawie 60 proc. w 2009 r. A jednak wciąż jesteśmy na szarym końcu wśród państw Unii - średnia wynosi 90 proc. W samej Warszawie, w której procent dzieci uczęszczających do przedszkola jest najwyższy (prawie 97 proc.), brakuje ok. 5 tys. miejsc. Co to oznacza?
Na prawie każdym trzy- i czterolatku, który nie pójdzie do przedszkola, państwo traci podwójnie: w wymiarze ekonomicznym i edukacyjnym. Ekonomicznym - bo z dzieckiem będzie musiała zostać matka, która może mieć jeszcze większy problem z powrotem na rynek pracy; babcia, która poszła na wcześniejszą emeryturę, żeby się zajmować się wnukiem; albo niania, która pracuje na czarno, bo tylko tak opłaca się zatrudniać opiekunkę. Edukacyjnym - bo badania psychologów dawno wykazały, że lata między narodzinami a trzecim-czwartym rokiem życia są kluczowe dla rozwoju najważniejszych umiejętności dziecka. Jak dowodzi laureat ekonomicznej Nagrody Nobla James Heckmann, inwestycje w kapitał ludzki najmłodszych dają największy zwrot - są najbardziej opłacalne nie tylko dla samych dzieci, ale również dla społeczeństwa. Przekładają się na wyższy poziom dobrobytu, lepsze zdrowie, a nawet na niższe wskaźniki przestępczości.
Szanse, że polski trzylatek będzie miał miejsce w przedszkolu, nie są wielkie - znajdzie je najwyżej 46 proc. z nich. W domu zostanie ok. 205 tys. dzieciaków, chyba że ich rodziców będzie stać na edukację prywatną.
Trochę lepszą sytuację mają czterolatki - nie dostanie się "tylko" 145 tys. z nich (40 proc.). Absolutne pierwszeństwo w rekrutacji mają pięciolatki, dlatego w tym roku do przedszkoli przyjęto ich aż 75 proc. Za rok edukacją przedszkolną mają być objęte wszystkie dzieci w tym wieku. Minister edukacji
Katarzyna Hall jest optymistką - według niej to się uda, bo liczba przedszkoli z roku na rok bardzo szybko rośnie.
- Ale w praktyce pewnie odbędzie się to kosztem miejsc dla cztero- i trzylatków - uważa
Joanna Kluzik-Rostkowska (
PiS), była minister pracy i polityki społecznej.
Najgorzej jest na wsi. Tam do przedszkoli chodzi niecałe 38 proc. dzieci. W miastach - prawie 76 proc. Skąd taka dysproporcja? Gminy wiejskie są mniej zaludnione, a to podnosi koszty i utrudnia założenie przedszkola. Poza tym są biedniejsze, a na edukację przedszkolną nie otrzymują środków z budżetu centralnego.
- Polska to jeden z nielicznych krajów UE, gdzie wczesna edukacja nie jest współfinansowana przez administrację rządową - mówi Teresa Ogrodzińska, prezes Fundacji Rozwoju Dzieci im. J.A. Komeńskiego wspierającej edukację przedszkolną. - Rząd zapowiedział, że do 2015 roku dorównamy do wskaźników UE i zapewnimy miejsce w przedszkolach 90 proc. dzieci. Ale nie da się tego zrobić bez subwencji na wychowanie przedszkolne. Nie ma możliwości, żeby gminy z własnych środków zapewniły edukację przedszkolną dla więcej niż 60 proc. dzieci.
Potwierdza to Kluzik-Rostkowska: - Bez dofinansowania centralnego nie będzie więcej przedszkoli. Nie wystarczą nawet środki unijne, a poza tym one się kiedyś skończą.