Takie informacje dochodzą z Chicago, gdzie nikt nie zna dokładnie liczby mieszkańców pochodzenia arabskiego. Według różnych szacunków jest ich od 250 do 600 tys. - różnice wynikają z braku wiarygodnych danych, bo Arabowie nie palą się, by podawać swoje pochodzenie w spisie powszechnym, bojąc się podejrzeń o terroryzm.
Dlatego imamowie w miejscowych meczetach od kilku miesięcy wzywają wiernych do aktywnego udziału w najbliższym spisie w 2010 r. - Jeśli będziemy się ukrywać, nikt nie będzie wiedział o naszym istnieniu - tłumaczy Jusuf Marei, szef biura ds. społeczności arabskiej i muzułmańskiej w Chicago. - Czas, byśmy się pokazali, to naprawdę przyda się naszej społeczności.
Wtóruje mu Kasia Rivera z miejscowego urzędu statystycznego. - Te dane pozwalają odpowiadać na potrzeby danej grupy, przydają się w codziennym życiu. Wpływają na liczbę szkół w danej dzielnicy czy dróg dojazdowych do danego miejsca - tłumaczy.
Nie wiadomo, czy takie argumenty przekonają Amerykanów pochodzących z Bliskiego Wschodu, bo do tej pory wielu z nich z premedytacją pomijało rubryczkę "pochodzenie", bojąc się, że będą przez to kontrolowani przez służby walki z terroryzmem.
- Ludzie muszą zrozumieć, że spis nie służy szpiegowaniu obywateli przez władze - tłumaczy Abu Al-Hidżawi, wykładowca uniwersytecki aktywnie działający wśród miejscowych Arabów. - Nie mamy się czego bać, przecież nie jesteśmy zagrożeniem dla państwa.
Źródło: Gazeta Wyborcza