http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zmarł Henryk Giedroyc

Teresa Torańska
2010-03-22, ostatnia aktualizacja 2010-03-21 18:20

W nocy z soboty na niedzielę zmarł w Paryżu w wieku 88 lat brat Jerzego Giedroycia, założyciela paryskiej "Kultury". W ostatnich latach kierował Instytutem Literackim w Maisons-Laffitte.


Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
Dla starszego brata był "Dudkiem". Dzieliła ich cała epoka - 16 lat. Nic więc dziwnego, że Jerzy Giedroyc traktował go od początku prawie jak syna. I wprowadzał w życie. Dudek z właściwą sobie autoironią opowiadał czasami, jak to Jerzy, wtedy już redaktor Buntu Młodych, zabierał go nastolatka w Wielki Piątek, czyli w ścisły post obowiązujący w domu, na rybkę do knajpy. Oraz jak to Jerzy czuwał, by Dudek nie popadł w złe towarzystwo i nie dokonał niewłaściwego politycznego wyboru.

Kiedy Dudek był uczniem gimnazjum, brat Bolesława Piaseckiego dał mu znaczek Falangi. Wpiął go sobie w mundurek i poszedł odwiedzić Jerzego. Jerzy mieszkał wtedy na Brzozowej w Warszawie. Leżał na kanapie założony gazetami i bardzo mu się znaczek nie spodobał. "Zrobiłem Dudkowi - opowiadał później Giedroyc - dziką awanturę". Nie była to prawda. Jerzy nie potrafił podnieść głosu na nikogo. Potrafił tylko źle spojrzeć. A potem osobiście udał się do Bolesława Piaseckiego, by go uprzedzić, że nie wyraża zgody, by jego młodszy brat brał udział w jakichkolwiek oenerowskich imprezach i zażądał, by go do swojej organizacji nie próbował wciągać. W ten sposób - piontował opowieść Giedroyc - poznałem Bolesława Piaseckiego, szefa przedwojennej Falangi.

Henryk urodził się w Warszawie w 1922 roku. Chodził do gimnazjum im. Zamoyskiego. Kiedy wybuchła wojna, Jerzy - wyjeżdżając z Warszawy - zabrał go za zgodą rodziców do Rumunii. Tam umieścił go w gimnazjum. Dudek zdał maturę w Bukareszcie i zaczął studiować geologię. Zrobił też międzynarodowe prawo jazdy, które bardzo mu się potem przydało w wojsku. Po zlikwidowaniu polskiej ambasady w Bukareszcie bracia wyjechali do Turcji, następnie do Palestyny, gdzie zaciągnęli się do Brygady Karpackiej. Jerzy redagował pismo "Za kierownicą", a Dudek robił w brygadzie za kierowcę z cenzusem. Razem walczyli pod Tobrukiem i razem przeszli do Drugiego Korpusu. Jerzy pracował w wydziale propagandy, a Dudek w redakcji "Polski Zbrojnej." Wojnę zakończyli we Włoszech. Dudek jako plutonowy podchorąży.

Henryk otrzymał stypendium i podjął studia na politechnice w Turynie. Ich drogi na kilka lat rozdzieliły się. Jerzy założył "Kulturę" i przeniósł się do Maisons-Laffitte. Henryk zaliczył I rok politechniki i musiał - wraz z całym Korpusem Andersa, który ewakuowano do Anglii - przenieść się do Londynu. Nie otrzymał stypendium na kontynuację studiów i poszedł pracować do fabryki lodów. Żartował potem, że kręcił lody u Lyon'sa.

W 1952 roku Jerzy ściągnął go do "Kultury". Henryk został kierownikiem jednoosobowej administracji.

I znowu był najmłodszy. Od Zofii Hertz o 11 lat, od Zygmunta Hertza - o 14. Nawet dla odwiedzających był nie "Panem Henrykiem", ale "Panem Dudkiem". Wyglądał zresztą mimo upływających lat bardzo młodzieńczo. Smukły, wysportowany, szybki w ruchach, do tego elegancki, dowcipny, zawsze pogodny, i bardzo dyskretny i oszczędny w komentarzach. Był powszechnie lubiany. Miał w "Kulturze" własną niezależną pozycję, którą wszyscy domownicy szanowali. Henryk w "Kulturze" nie mieszkał, ale pracował. Jak zdyscyplinowany urzędnik przyjeżdżał do pracy na godzinę 9-tą, wypełniał swoje obowiązki i o 17-tej wyjeżdżał do siebie do domu. Mieszkał w Paryżu, ożenił się, miał swoich znajomych i jeździł normalnie na urlopy. Przeważnie na ulubioną wyspę na Balearach, a zimą do Bolonii do rodziny żony, na wielkie żarcie - jak mówił. W dworku w Maisons-Laffite miał jednak własny pokój na I piętrze, między sypialniami pani Zofii i pana Jerzego. Używał go z żoną, kiedy oboje z żoną zjeżdżali do "Kultury" na święta.

Leda była Włoszką. Umówili się, że w domu będą, dla podtrzymania języka, rozmawiać po angielsku. Przy ludziach rozmawiali z sobą po włosku i po francusku. Często dwoma językami naraz. Henryka bardzo bawiło mieszanie języków. Dobrze znał także angielski, rozumiał rosyjski, trochę niemieckiego. Miał niezwykłą łatwość uczenia się języków i przechodzenia w nowy język. Stanowili bardzo zgraną parę, świetnie rozumiejącą się. Jej choroba, a potem śmierć była dla niego ciosem. Coraz częściej zostawał w Maisons Laffitte. Żeby zostać na stałe. Jerzy Giedroyc mówił zawsze: po mnie Instytutem Literackim zajmie się Zosia Hertz i Henryk. Zajmował się do końca. Od śmierci Zofii Hertz w 2003 roku sam. Pracowicie, bez rozgłosu i przez jak w całym życiu - nie eksponując własnej osoby. Odszedł ostatni z rodu Giedroyciów. I na nim zamknęła się epopea Kultury.

 

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':