W drugiej turze wyborów do rad regionów (odpowiednika polskich województw) obóz Sarkozy'ego wypadł jeszcze gorzej, niż można się było spodziewać po pierwszej turze tydzień wcześniej. Partia UMP i jej sojusznicy zdobyli 35 proc. głosów, podczas gdy opozycyjna koalicja socjalistów i zielonych prawie 54 proc. (to częściowe wyniki po zliczeniu 80 proc. głosów).
UMP udało się wygrać na wyspie Reunion na Oceanie Indyjskim, jednym z terytorium zamorskich Francji. Zachowała też Alzację, swój ostatni bastion we Francji. Pozostałe 24 regiony przypadły opozycji, w tym Korsyka, gdzie dotąd rządziła prawica.
Chodziło nie tylko o to, kto będzie sprawował władzę w regionach. Te wybory to ostatnie ogólnokrajowe głosowanie przed najważniejszymi wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi w 2012 roku.
Prezydent Nicolas Sarkozy jest coraz mniej popularny. Obywatele nie dostrzegają skutków jego działań antykryzysowych, widzą natomiast natomiast kolejne wpadki, np. próbę wypromowania niedoświadczonego syna studenta Jeana na szefa paryskiej dzielnicy La Defense. Dlatego wielu Francuzów postanowiło dać prezydentowi czerwoną kartkę.
On sam powtarza, że wybory regionalne to co innego niż krajowe. Media, m.in. bliski rządowi
dziennik "Le Figaro", przewidują jednak, że już w poniedziałek nastąpi rekonstrukcja rządu. Usunięci mogą zostać ci ministrowie, którzy kandydowali w wyborach i przegrali.
Nad Sekwaną po cichu mówi się nawet, że jak tak dalej pójdzie, lepszym kandydatem na prezydenta mógłby być premier François Fillon. Choć pozostaje głęboko w cieniu prezydenta i jest o wiele mniej barwną postacią, dziś wypada lepiej w sondażach. - Nie potrafiliśmy przekonać ludzi. To dla większości parlamentarnej rozczarowanie. Biorę na siebie moją część odpowiedzialności - mówił Fillon, gdy wyniki stały się jasne.
Do drugiej tury wyborów regionalnych przeszły partie, które zdobyły co najmniej 10 proc. głosów. Na nieszczęście obozu Sarkozy'ego aż w 12 regionach w grze pozostał skrajnie prawicowy Front Narodowy. Zdobył 10 proc. głosów.
Mandaty rozdzielone zostaną proporcjonalnie do liczby zdobytych głosów, lecz zwycięska partia dostanie premię w postaci jednej czwartej wszystkich mandatów. Lewicy będzie więc w lokalnych parlamentach nieporównywalnie więcej niż prawicy.