Wynik głosowania do końca nie był pewny, jednak zarówno przywódcy rządzących Demokratów, jak i większość komentatorów przewidywali, że ustawa przejdzie, choć minimalną większością. W chwili zamykania tego wydania "Gazety" debata jeszcze trwała i wynik głosowania nie był znany.
W ostatecznym kształcie ustawa zakłada, że każdy obywatel (lub jego pracodawca dla niego) będzie musiał wykupić ubezpieczenie. Jeśli tego nie zrobi, zapłaci 695 dolarów kary, firmy powyżej 50 zatrudnionych - 2 tys. od pracownika.
Dzięki temu, a także rozszerzeniu państwowego ubezpieczenia dla najbiedniejszych (o dochodach poniżej 30 tys. rocznie na rodzinę) oraz dopłatom do ubezpieczeń dla zarabiających trochę więcej reforma ma doprowadzić do ubezpieczenia ponad 90 procent z dziś nieubezpieczonych blisko 33 milionów Amerykanów. Nadal nie będzie ubezpieczonych prawie 10 mln nielegalnych imigrantów (choć ich dzieci są ubezpieczone).
Przeciwnicy reformy argumentują jednak, że ponieważ jednocześnie ustawa zakaże firmom ubezpieczeniowym odmawiania polis osobom już chorym, to wielu młodych ludzi nadal będzie wolało się - tak jak dziś - nie ubezpieczać. Będą płacić 695 dolarów rocznie kary (zamiast co najmniej 400 dolarów miesięcznie za polisę), a w razie choroby i tak ubezpieczenie dostaną.
Opozycja republikańska mówi także, że ustawa jest nie do przyjęcia, bo podnosi podatki. Duże wzrost podatków czeka obywateli zarabiających ponad 200 tysięcy i rodziny ponad 250 tysięcy dolarów. Przycięte zostaną też wydatki na bardzo hojne w
USA państwowe ubezpieczenie zdrowotne dla emerytów.
Niedzielne głosowanie w Izbie Reprezentantów było kluczowe - kongresmeni mieli przegłosować uchwaloną w grudniu senacką wersję ustawy, więc, jeśliby tak się stało, prezydent Obama miał podpisać reformę już w najbliższych dniach. Potem dopiero i Izba, i Senat miały przegłosować do niej poprawki, a prezydent jeszcze raz je zaakceptować. Dzięki zastosowaniu tej rzadkiej, choć legalnej procedury "pojednania" Demokraci mogą w senacie przegłosować poprawki do ustawy zwykłą większością 51 głosów, a nie zwyczajową przy uchwalaniu ustaw większością 60 w stuosobowym Senacie (którą ostatnio Demokraci stracili).
Głosy Republikanów, że ta procedura to "szczyt naginania prawa", są przesadą. Natomiast Republikanie mają rację, mówiąc, że niezwykłe jest przegłosowanie tak mocno zmieniającej system gospodarczy i społeczny USA reformy w głosowaniu czysto partyjnym. Zarówno wprowadzenie państwowych emerytur w latach 30., jak i ubezpieczenia zdrowotnego dla biednych i emerytów odbyły się przy poparciu części opozycji. Obecną reformę zdrowia Republikanie odrzucają w całości. Demokraci argumentują, że to raczej świadczy o tym, że prawica się w ostatnich latach mocno zradykalizowała, a nie o tym, że reforma jest zła.
Tak czy owak, jak napisał komentator prawicowy Fred Barnes, jeśli reforma Obamy przejdzie przez Kongres, "wojny zdrowotne w USA dopiero się zaczną". Prawica będzie atakować i sposób przegłosowania ustawy, i jej treść. Zrobi z niej główny temat wyborów do Kongresu w listopadzie. Rządzone przez nią trzy stany Wirginia, Utah i Idaho już przegłosowały, że rząd federalny nie ma prawa zmuszać obywateli do wykupu ubezpieczeń. Planują to kolejne stany, w kilku ta kwestia stanie się przedmiotem referendów w listopadzie - wraz z wyborami. Prawdopodobnie ten konstytucyjny spór rozstrzygnie dopiero sąd najwyższy.
Wedle ostatniej średniej z sondaży 49 procent Amerykanów jest przeciw reformie, 40 procent ją popiera.