Najbardziej licznie manifestowali mieszkańcy dalekowschodniego Władywostoku, którzy mają szczególnie wiele pretensji do władz w Moskwie. Wprowadzone przez rząd premiera Putina na początku ubiegłego roku cła zaporowe na zagraniczne auta sprawiły, że źródło dochodów straciły tysiące mieszkańców wschodnich kresów Rosji. Wcześniej żyli oni ze sprowadzania aut z Japonii i Korei.
We Władywostoku na demonstrację przyszło około 1,5 tys. ludzi. Domagali się, by putinowska "partia władzy" Jedna
Rosja, która i w Dumie, i w większości parlamentów regionalnych kraju dysponuje przytłaczającą większością, przyznała, że ponosi odpowiedzialność za spadek stopy życiowej Rosjan. Na polecenie milicji demonstranci musieli zwinąć transparent z napisem: "Putinie, strzel sobie w łeb!".
Dramatycznie przebiegał "Dzień gniewu" w Moskwie, gdzie władze nie wydały zgody na demonstrację na placu Puszkina. Około 500 osób próbowało się jednak tam zebrać, skandując: "To jest nasze miasto!", "Putin do dymisji!", "Precz z Jedną Rosją!". Manifestanci trzymali w dłoniach flagi demokratycznego ruchu "Solidarnost", partii Jabłoko i organizacji młodzieżowej Smiena (Zmiana).
Milicja nie dopuściła ich jednak na plac Puszkina, zatrzymując, jak potem podano, ponad 60 osób. Aresztowany został między innymi Siergiej Udalcow, przywódca radykalnego Lewego Frontu, główny organizator manifestacji.
Około stu opozycjonistów przeniosło się z placu Puszkina na bulwar Czystoprudny, miejsce, w którym władze stolicy zezwoliły na demonstrację. Tu obyło się już bez ekscesów.
Największych demonstracji w "Dzień gniewu" spodziewano się na zachodnim krańcu Federacji Rosyjskiej, w Kaliningradzie. Tu 30 stycznia około 10 tys. manifestantów domagało się dymisji Putina i miejscowego gubernatora Gieorgija Boosa.
Tym razem miejscowi opozycjoniści pod silnym naciskiem władz wystraszyli się i zrezygnowali z przeprowadzenia wiecu. W mieście doszło jednak do modnej ostatnio demonstracji typu flash-mob. Zjawisko to polega na niespodziewanym pojawianiu się tłumu ludzi, którzy zwołują się SMS-ami, żeby wziąć udział w jakimś wydarzeniu. W Kaliningradzie około 5 tys. uczestników, trzymając w dłoniach mandarynki, skandowało: "Boos do dymisji!", "Rząd do dymisji!". Wielu miało na ustach maseczki z gazy symbolizujące dławienie wolności słowa.
Socjologowie z fundacji Opinia Społeczna uważają, że Rosjanie skłonni są brać udział w protestach ulicznych znaczniej bardziej masowo, niż miało to miejsce w sobotni "Dzień gniewu". Wyniki sondażu sprzed kilka dni pokazują, że w opozycyjnych manifestacjach gotowych jest uczestniczyć 29 proc. ankietowanych. Kiedy jeszcze w lutym o gotowość przystąpienia do akcji protestacyjnych pytali Rosjan socjologowie z Ośrodka Jurija Lewady, "tak" powiedziało tylko 20 proc. ankietowanych.
Na szybką radykalizację nastrojów wpływają dziś przede wszystkim drastyczne podwyżki czynszów i skutki kryzysu, który wbrew zapowiedziom władz wcale się w Rosji nie kończy.